Czas upływał ja mimo rozpoczętego urlopu nie miałem szans na pojawienie się nad wodą. Serce bolało mnie okrutnie dusza rwała się nad wodę ale życie złośliwe samo swoje priorytety ustawiało w sposób uniemożliwiający pojawienie się nad wodą. W końcu w dniu jedenastego sierpnia mogłem tak sprawy poprzestawiać by w godzinach wczesno porannych nad wodą pojawić się i spróbować skusić do brania jakieś karpiowate. Odczułem jednak w swoich mikro wypadach nad wodę brak regularności i konsekwencji w nęceniu chociażby w symbolicznych ilościach swoich stałych bankówek. Mimo wszystko nie chodziło mi o kontakt z rybą a bardziej pragnąłem zażyć kontaktu z przyrodą posłuchać ptasich trelów i po inhalować się aromatem kawy parzonej w ulubiony sposób poprzez wolne gotowanie z kawałkiem kory cynamonowej. Dziękując Bogu za chwile zapomnienia spijałem nektar rześkiego nieco deszczowego letniego poranka każdą komórką ciała chłonąc doznania płynące od matki natury niczym nie ograniczonym strumieniem. Spokój zagościł w mojej niespokojnej duszy a natura pieściła minie całym spektrum doznań. Żyć i w tej chwili chciało by się trwać wiecznie. Wszystkie te doznania zostały zakłócone przez ostre ordynarne i nie naturalne elektroniczne piiiii. Dźwięk który każdego z wędkarzy przyprawia o chwilowe zatrzymanie akcji serca, przysparza im nadnaturalnych zdolności i potrafi teleportować wędkarza z jednego punktu do drugiego w ułamku sekund. I na mnie podziałało to nieziemskie piiii… w ułamku sekundy w rozedrganych dłoniach trzymałem wędzisko nawiązując kontakt z rybą która z prędkością światła odjeżdżała na szczęście z dala od przybrzeżnych zawad. Już po pierwszych dwóch kopnięciach wiedziałem że pierwszy bój przyjdzie mi stoczyć z niepoczytalnym azjatą. Ten kto na kiju czół amura wie co te ryby potrafią zrobić z wędkarzem nawet pięciu czy sześciu kilogramowy amur potrafi dać się we znaki. I mój nie był wyjątkiem odjeżdżając kilku krotnie i wypełniając ciszę poranka dźwiękiem terkoczącego hamulca. W końcu po wcale nie krótkiej walce mogłem uwiecznić azjatę na zdjęciach. Tak się cieszyłem że przez dłuższą chwilę nie zarzucałem ponownie wędziska. Zamykałem oczy i na nowo odgrywałem sceny wspaniałej walki z amurem. Przewiozłem zestawy godnie podsypując je kiszoną kukurydzą i konopiom, zasiadłem w fotelu i ponownie począłem chłonąć dary natury. I gdy tylko moja aura otworzyła się na doznania ponownie brutalny dźwięk wyrwał mnie w kierunku wędziska. Ryba uparcie parła w stronę zatopionych gałęzi a ja po tym jak walczyła domyśliłem się że trafiłem w końcu długo oczekiwanego karpia. Walka była krótka i zażarta niestety z racji na obecność licznych zawad i koloni racicznicy musiałem walkę toczyć siłowo i w dwie minuty po braniu na macie wylądował sympatyczny karpik. Który po sesji wrócił na tempa do wody. Miałem już ponownie przewozić zestawy niestety telefon przypomniał mi o obowiązkach i tradycyjnie w trybie pilnym pakowałem się by podjąć wyzwania płynące z roli bycia ojcem trójki cudownych pociech.
Dobroczynny wpływ mini zasiadki oraz dary przyrody nastroiły mnie tak znakomicie że dzieci wolały cały dzień spędzić ze mną niż ze zmęczona małżonką która w końcu mogła pocieszyć się latem i spędzić kilak godzin na leżaku prężąc swe wdzięki ku słońcu które przebiło się przez początkowo zaciągnięte chmurami niebo.




