Pochłonięty urlopem, zdanym prawem jazdy kategorii A i objeżdżaniem nowego motocykla cały wolny czas miałem intensywnie zajęty. Nad wodą pojawiłem się dopiero 3 sierpnia. Pojawienie się nad wodami mojego Stowarzyszenia Dąbrowski Karp miało wymiar symboliczny. Wymiar ten miało dlatego że w sierpniu stowarzyszenie podpisało umowę na użytkowanie wód i terenu spotkaliśmy się by usunąć ślady bytności wędkarzy koneserów mięsa z łowiska, posprzątać śmieci, usunąć pozostałości po zestawach w postaci niebezpiecznych dla ptaków i zwierząt żyłek.
Pracy było mnóstwo jednak można powiedzieć że pierwszy raz na tym wspaniałym terenie pracowaliśmy dla nas, dla członków stowarzyszenia a nie na pasożytniczych członków z kół PZW którzy wody nie mają lub maja ją mizernie zadbaną w związku z czym nie wnoszą ekwiwalentu pracy do związku. Wspaniale było pracować w zacnym gronie na rzecz tej wspólnej inicjatywy. Dziś mija blisko 5 miesięcy od czasu tamtego pamiętnego czynu, 5 miesięcy w czasie których udało się zrobić więcej niż w kole wędkarskim przez cztery lata. Może napiszę o tym później a obecnie skupię się na uczuciach z tego pierwszego czynu „na swoim”. Wszyscy mieliśmy uśmiechy na twarzach i wielka motywację do pracy, czuliśmy że zrobiliśmy coś dużego i to na skalę co najmniej okręgu. Kwik w mediach społecznościowych i oświadczenia wydawane przez związek dowodziły tego. Stworzyliśmy małą alternatywę dla PZW umożliwiając kontakt z rybami i udostępniając fantastyczne miejsce rekreacji lokalnej społeczności. Można powiedzieć że zaczęliśmy swojego rodzaju rewolucję. Kontaktują się z nami ludzie którzy chcą pójść w nasze ślady i swoją pracę ukierunkować na niewielkie grono ludzi a nie na pasożytów wędkarskich. Mam nadzieje że takich inicjatyw z czasem pojawi się więcej i może uda zawiązać się jakaś federację stowarzyszeń w ramach zdrowej konkurencji dla PZW.









