Dwie poważne karpiowe imprezy bez kontaktu z rybą, bolały niczym cios wymierzony w policzek, ciążyły na honorze i kuły wielkie ego „łowcy”, niczym szpilka. Czas nie pozwalał się jednak zrehabilitować i nie pozostawało nic innego jak czekać na nadarzającą się okazję. Okazja pojawiła się dość szybko, na stronie koła pojawiło się ogłoszenie o zapisach na kolejną jesienną edycję zawodów Czarny Karp. Stawałem na głowie by pojawić się na tej imprezie i dokonywałem wręcz akrobatyki wyższej by pozamieniać grafiki i mieć możliwość wystartowania w zawodach.
W między czasie zachodnią i południowo zachodnią część Polski dotknęła powódź i zawody stały pod znakiem zapytania. Jednak sytuacja wyjaśniła się na wałach przeciwpowodziowych bo układając worki z piaskiem, spotkaliśmy organizatora zawodów który również nie pozostawał obojętny na żywioł, niszczący dorobki ludzi i zabierający ich życia. Stwierdził on że sytuacja się stabilizuje a zawody przyjmą charakter imprezy charytatywnej i pomogą powodzianom. Nie wypadało nie wziąć udziału w takiej imprezie więc tym bardziej pilnowałem spraw służbowych by pozwoliły być na tym wydarzeniu. Nie przewidziałem jednak że na dzień 27 września w którym rozpoczynaliśmy zawody wypadnie w moim kalendarzu szczepień wypadło szczepienie przeciw tężcowi i durowi brzusznemu. Szczepionki te działają na mój organizm co nieco nie korzystnie i wprowadzają go w stan przed gorączkowy, zaczynają mnie boleć wszystkie stawy i mięśnie. Jak jechałem na rozpoczęcie zawodów byłem tak słaby że nawet nie myślałem już o rozbijaniu namiotu tylko stwierdziłem że wnętrze auta będzie mi schronieniem na najbliższe dwie noce. Wylosowaliśmy wraz z sąsiadem Mateuszem piękny i obszerny pomost na otwarciu stawu, mieliśmy mnóstwo ciekawych miejsc do obławiania. Ja wybrałem jednak najłatwiejsze technicznie z racji samopoczucia, czyli styk twardego dna z miękkim a Mateusz ambitnie z groundstickiem badał potencjalne miejscówki w różnych mniej lub bardziej dostępnych zakamarkach łowiska. Po wytypowaniu łowiska zanęciliśmy położyliśmy zestawy a Mateusz naszą i tak już osłoniętą miejscówkę ucywilizował jeszcze swoim dailyshelterem pod który wstawiliśmy fotele. W tym czasie w opadach deszczu i przy porywistym wietrze inni zmagali się z rozstawieniem obozowiska. Wykończony przeprosiłem Mateusza i postanowiłem zaszyć się w śpiworze i zasnąć. Złośliwe ryby nie pozwoliły na sen tuż po tym jak w śpiworze zrobiło się ciepło nastąpiło piękne branie i długi męczący hol ryba trafiła do worka i ponownie zestawy poszły w wodę. Nadmienię wam że łowiłem na kulkę poniewarz nie miałem siły schylić się po kukurydzę do beczki i nadziewać ja na włos, mało tego na kulkę losowo wybraną z pojemnika z kulkami. A że ostatnie kule jakie tam włożyłem były to wygrane na ostatnich zawodach kule o smaku squida z DKK to i na takie też łowiłem i jak czas pokazał znakomicie się sprawdziły. Miałem łącznie siedem wspaniałych brań w z czego na macie znalazło się cztery wspaniałe ryby w tym bigfish zawodów ryba o masie 16,4kg.
Mateusz też nie pozostawał o kiju i wypracował kilka fajnych ryb, najlepsze było chyba dla niego to że wypracował je ze znalezionych przez siebie miejscówek i według swojej taktyki. Łącznie złowiliśmy 75,4kg ryb.
Pierwsze miejsce które zająłem nie cieszyło mnie tak jak fakt że w końcu po długich miesiącach posuchy, udało się połowić wspaniałych ryb z kapryśnej wody. Wspomnienia te na długo będą musiały mi wystarczyć gdyż mimo że sobie obiecałem była to moja ostatnia karpiowa wyprawa w 2024r. Czas niestety nie pozwolił na więcej….















