Marcowy bat.

Kolejne kilkadziesiąt dni musiało minąć by pojawić się nad ulubioną wodą. Tym razem w głowie miałem konkretny plan do zrealizowania. Podczas porządków w moje ręce dostał się mój 6 metrowy bat. Przez chwilę zatrzymałem się i powróciłem do wspomnień z dzieciństwa i młodości  gdzie do szczęścia wystarczał najpierw kawałek leszczyny później szklany radziecki bat kilka zestawów z „ruskiego targu”, nakopane czerwone robaki, ciasto lub pęczak. Zachciało mi się minimalizmu, prostoty, powrotu do młodych lat. Sprawdziłem skrzyneczkę z zestawami w zapasie zostało 4 których moi chłopcy nie zdążyli poplątać, stwierdziwszy że wystarczy na szybko zawiązałem kilkanaście przyponów ponieważ pudełko z nimi również wylizałem prawie do czysta a czasu na wiązanie nowych nie znalazłem.

Czytaj dalej….