Kwietniowa tyczka.

Niedzielę 16 kwietnia rozpocząłem już o pierwszym brzasku dzień wcześniej narodził się mi plan by przeprosić się z tyczką i wyłowić się po przysłowiowy korek. Pogoda zapowiadała się godna a wybłagane 6 godzin nad wodą wydawało się czasem dostatecznym na odłowienie zacnej ilości ryb.  Wstając o brzasku zająłem się komponowaniem zanęt i sporządzeniem mieszanki ziemi i gliny w sposób odpowiedni na lekko zamulone dno mojego łowiska. Kto zajmuje się przygotowaniem zanęty wie że zajmuje to kilkadziesiąt minut i w moim przypadku nie było inaczej wolałem zrobić to w domu w komfortowych warunkach i z dostępem do mieszadła co wydawało się lepszą alternatywą niż sito  i żmudne przecieranie.

W okolicy  godziny 5:30 zawitałem nad łowisko rozpoczęła się tam już poranna magia, znikomy ruch, cisza przerywana ptasimi trelami, wstające słońce i poranny opar unoszący się z nad wody. Jednym słowem klimat jak z najpiękniejszej wędkarskiej bajki. Przez kilka chwil chłonąłem płynące tak wspaniałych okoliczności wrażenia i syciłem swój wędkarski głód. Przypomniałem sobie o celu w którym przybyłem na łowisko i rozpocząłem żmudny proces transportu ekwipunku na łowisko. Po chwili namysłu wybrałem jedna z płytszych jego części z kawałkiem linni brzegowej który umożliwia ustawienie kombajnu wędkarskiego a doświadczenia z lat wcześniejszych pozwoliły przypuszczać że połów będzie udany. Po jakiś dwudziestu minutach byłem już rozłożony na palniku gotowała się woda na kawusie a ja mentalnie przygotowywałem się do lepienienia kul zanętowych. Przyznam wam się że jest to chyba najmniej lubiana przeze mnie czynność.  Ulepiłem kilkanaście wielkich kul i kilkadziesiąt kulek do kubka. Mrożone robactwo które zawierały pozwalało mieć pewność że w niezmiennym stanie pozostaną w oczekiwaniu na posłanie w łowisko. Zbombardowałem łowisko sześcioma kulami i wyjechałem pierwszy raz zestawem. Na branie długo nie musiałem czekać ale dopadła mnie drobnica która nie pozwalała opaść przynęcie. Nikt nie lubi łowić żyletek wiec rozdrobniłem kilka kul i sypałem co chwila zanętą pod brzegiem by odciągnąć wszędobylskie żyletki od miejsca nęcenia właściwego. Operacja się udała ale sort ryb które poławiałem pozostawiał wiele do życzenia. Łowiłem sobie dość regularnie raczej małe rybki od czasu do czasu urozmaicone czymś w kategorii mocno naciąganej średniej płociowej. Spędziłem w ten jakże przyjemny sposób czas do południa aż nadszedł moment pakowania całego majdanu mycia kuwet i wiader oraz suszenia. Nie miałem oprócz dwudziesto centymetrowego sumika karłowatego  żadnego ciekawego przyłowu jednak w tym pięknym słonecznym i ultra przyjemnym dniu ilość zastąpiła jakość. Wyłowiony i szczęśliwy dojrzałem do decyzji o powrocie do domu co też uczyniłem a resztę niedzieli spędziłem równie wspaniale z moją rodziną chłonąc ciepło kwietniowego słońca spacerując i ciesząc się czasem spędzonym razem.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *