Sierpniowa tyczka.

Sobota 30 sierpnia rozpoczęła się obiecująco, nad wodą budził się świt, wśród lekkiego oparu rozchodził się dźwięk zanęty przecieranej przez sito i dźwięk ziewnięć mojej osoby odzwyczajonej ciężka pracą do późnych godzin nocnych od porannego wstawania.   Na zroszonej trawie pozostawały ślady stóp pozostawione przez ciągłe kursowanie pomiędzy bagażnikiem samochodu a rozstawianym stanowiskiem. Nieśpiesznie i systematycznie na brzegu pojawił się kosz, siatka, półki, rolki tyczka mata i kuwety.  Na kolanach bo przemęczone plecy odzywały się bólem zacząłem lepić kule z zanęty tak pieczołowicie przygotowywanej. Dziś musiało być wszystko dopięte na ostatni guzik, dziś miało być idealnie i dziś miał być sukces.

Raz że pojawiłem się nad wodą z misją przesiedlenia jak największej części białorybu na inny zbiornik  a dwa że całe te przygotowania miały wymiar edukacyjny ponieważ chciałem zaprezentować koledze fantastyczne możliwości jakie daje tyczka. Chciałem tez pokazać mu że długie przygotowania, dokładność procentują ilością brań i jakością poławianych ryb. Przygotowania, gruntowanie zajęły sporo czasu i na dobre rozbudził się dzień. Znikomy ruch, lekka bryza i ptasie wokalne popisy robiły ten poranek jeszcze lepszym jeszcze wspanialszym. Do wody z uwagą by zachować jak największą precyzję posłałem w pieczołowicie wytypowane miejsce kule zanętowe a na nie z kubka podałem te bardziej mięsne. Usiadłem na koszu i zrobiłem kilka łyków kawy. Podświadomie czułem że będę potrzebował kofeiny i tego lekkiego pobudzającego kopa jakiego daje. Szum rolek zapowiedział pierwszy wyjazd tyczki w łowisko, przynęta nie zdążyła upaść a już uwiesiła się pierwsza żyletka. Ich nie przerzucałem więc nie będąc nimi zainteresowany wypuszczałem je na bieżąco. Po nie całej godzinie nareszcie zaczęła wchodzić grubsza ryba, na początku chciałem pakować ją do siatki na której użycie zgodę wyraził mi zarząd stowarzyszenia. Obecny kolega zaofiarował się że będzie na bieżąco przenosił ryby ale i on wkrótce zrezygnował z tego pomysłu i pakował je do dwudziestolitrowego wiadra po kilka sztuk i dopiero później kursował z nimi te kilkadziesiąt metrów do łowiska obok. Mimo chłodu poranka po moich plecach zaczął spływać już mi pot. Jednak chciałem maksymalnie wykorzystać szczyt brań by jak najwięcej ryby przesiedlić. Blisko cztery godziny trwała ta epicka przygoda,  ostatnią godzinę wkładałem ryby do siatki, nikt nie miał siły nosić ich na bieżąco. Ostatnie wyjazdy tyczką były już okupione bólem rąk i barków.  Stwierdziłem że dla dobra swojego zdrowia czas przerwać połowy, przecież cały ten sprzęt należy jeszcze obsłużyć i zanieść do bagażnika a później złożyć w miejscu przechowywania. Szacuję że udało mi się przesiedlić ładnych kilkanaście kilogramów białorybu, co mogę uważać za mały wędkarski sukces. Strasznie zmęczony ale szczęśliwy na raty pakowałem sprzęt do auta a przed sobą jeszcze miałem perspektywę domowych obowiązków związanych z trawnikami i porządkami…

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *