Wrześniowa tyczka.

Zachęcony ostatnimi sukcesami które przyniosła mi wyprawa na feedery w dniu trzeciego września postanowiłem dołowić się jeszcze bardziej i posmakować ciężkiej wędkarskiej orki, którą przynosi tyczka. Zwarzywszy na to że najbardziej gabarytowy element miałem już zapakowany w samochodzie, pakowanie na tyczkę było mniejszym wyzwaniem niż za zwyczaj uwinąłem się zaledwie w trzydzieści minut.  Wyprawę planowałem na godziny poranne więc nad wodą planowałem być nieco przed 6 rano.  Rozłożenie całego majdanu i przygotowanie zanęt zajęło mi blisko godzinę i mogłem przystąpić do łowienia.

Przyznam wam się szczerze że w głowie widziałem już dziesiątki jak nie setki przerzucanych ryb i z takim nastawieniem zasiadałem na koszu. Lecz zanim zrobiłem pierwszy wyjazd zestawu w wodę postanowiłem nieco ochłonąć i napawając oczy krajobrazem który oferował budzący się dzień zrobiłem kilka łyków kawy i odczekałem jakeś dziesięć minut. W końcu przypomniałem sobie w jakim celu pojawiłem się nad wodą i zanęciłem wstępnie łowisko dodatkowo podając co nieco bogatych kulek z kubka.  Zestaw pojawił się w łowisku i nie pozostało nic innego jak oczekiwać wymarzonych brań.  Czekałem sobie tak kilkanaście minut i dręczył mnie coraz większy niepokój oczywiście w między czasie sprawdziłem kilka razy zestaw czy nie poplątał się czasami. Flauta na wodzie i bezruch spławika wprowadził mnie wręcz w letarg, letarg z którego wyrwało mnie ugięcie tyczki nie ruch spławika. Branie nastąpiło tak szybko że nie wiele miałem czasu na reakcje, guma wyjechała praktycznie od razu do końca i trwałem chwilę w impasie. Niestety przypon na żyłce 0,09 gdy kończy się amortyzacja gumy nie radzi sobie najlepiej. Zestaw zachował się więc w jedyny możliwy sposób jaki nakazuje mu fizyka i wystrzelił z wody na szczęście szybka reakcja nie pozwoliła mu się za nadto splątać. Odsapnąłem chwilę i donęciłem kubkiem łowisko posypując dodatkowo co nieco pelletu gdyż wiedziałem co za ryby pojawiły się w miejscówce.  Zmieniłem top na sztukę z najmocniejszą gumą w moim zestawie i przypon z wiązany na żyłce 0,13 grubiej bałem się już łowić ponieważ obawiałem się o topy. Niestety mój pak nie zawiera typowo karpiowego topu a i konstrukcja samej dość budżetowej tyczki raczej by nie przeżyła stałych przygód z karpiami.  Pełen nadziei i tu wyjątkowo na mniejsze karpie wstawiłem zestaw w łowisko i oczekiwałem brań. Po niespełna 15 minutach na zestawie miałem kolejną lokomotywę niestety nie do zatrzymania i ponownie przypon puścił, zacząłem się zastanawiać czy jest sens kaleczyć ryby skoro nie jestem wstanie ich wyciągnąć. Do trzech razy sztuka postanowiłem sobie i po raz kolejny wstawiłem zestaw w łowisko, czekając w napięciu modliłem  się o małego karpia. Niestety moje modlitwy nie zostały wysłuchane, na przynętę skusił się amur który wytestował wytrzymałość sprzętu do granic jego możliwości guma śpiewała gdy odjeżdżał.  Cieszyłem się z holu kilkanaście minut i gdy miałem już nadzieję na położenie ryby na macie ta się tuż przed podbierakiem spięła prostując hak.  Przyznam się wam że słowa których użyłem w chwili emocji były mało cenzuralne więc nie będę ich przytaczał na łamach bloga. Czułem że obrana metoda nie sprawdzi się dziś i z tyczka plus karpie będą stanowiły świetne połączenie w zimnej wodzie i rozmiarze zarybieniowym. Spakowałem się więc grzecznie i udałem do domu gdzie czekały na mnie zaległe prace do wykonania oraz rodzina spragniona kontaktu mężem i ojcem.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *