Nie chodziło o ilość ryb… tylko o ten jeden moment, w którym czujesz, że masz na kiju coś większego niż wszystko ostatnio.
Nim się obejrzałem, nastał wrzesień, natłok zadań służbowych i wyjazdów zabrał mi kolejny miesiąc z wędkarskiego życia. Desperacja, by pojechać na ryby, była tak ogromna, że nikt z moich bliskich nie śmiał zaprotestować i trzeciego września, wyposzczony niesamowicie, pojawiłem się nad wodą. W planach była metoda, jak ja to określam, na bogato, czyli z koszem i zachowaniem jak największej precyzji łowienia.
Od kilku sezonów mam przyjemność doceniać praktyczność i wygodę, jakie daje kombajn wędkarski. Owszem wiem, że ciężki, że gabaryt, ale jednak zalety rekompensują wady i wychodzi na wielki plus. Wybrałem najbliższe mojemu miejscu zamieszkania łowisko – moje gliniaki.
Rozłożyłem się, domoczyłem pellet i posłałem w łowisko zestawy, wcześniej jednak posyłając w łowisko kilkadziesiąt mini spombów grubszego pelletu.
Na pierwsze efekty nie musiałem czekać długo – atomowe branie ściągnęło mi prawie wędki z podpórek. Krótka walka i spięcie, małe ukłucie bólu pojawiło się z powodu straconej ryby, szybko jednak wyparte poprzez liczne brania krąpi i leszczyków.
Regularne brania i masa czynności z nimi związana nie pozwalały na żadne refleksje ani głębsze przemyślenia. Cieszyłem się bogactwem brań, przyrodą i możliwością pobycia nad wodą.
Podczas obsługiwania jednej wędki na drugiej nastąpiło dynamiczne wygięcie szczytówki i coś zaczęło ściągać wędkę z podpórek.
Szybka reakcja i na kiju poczułem moc mojego przeciwnika. Instynktownie czułem, że hol będzie emocjonujący i wymagający. I powiem wam, że choć minęło kilka miesięcy od tego wydarzenia, to jego wspomnienie wywołuje nadal u mnie uśmiech i drżenie rąk. Wracając jednak do holu – ryba była po prostu lokomotywą, prawie nie dawała się zatrzymać i sprzęt dosłownie trzeszczał pod obciążeniami, które ryba mu serwowała.
Modliłem się w duchu, by żaden element zestawu nie zawiódł i bym mógł chociaż zobaczyć tak walczącego przeciwnika. Hol wzbudził zainteresowanie innych wędkarzy i pojawiło się kilku kibiców, dodatkowo podkręcając atmosferę.
W końcu poczułem, że mój przeciwnik słabnie i pozwala się bardziej kontrolować, minęło jeszcze kilka długich chwil, nim ujrzałem tego szalonego golasa. Karp z napędem atomowym przewalił się przez wodę, ukazując swoje szalone oblicze.
Gdy wprowadziłem rybę do podbieraka, ze szczęścia i z natłoku emocji przysiadłem na chwilkę na brzegu. Koledzy pomogli uwiecznić przeciwnika na zdjęciach, a ja stwierdziłem, że wystarczy tych emocji, i spakowałem sprzęt do auta, oczywiście wcześniej oddając wolność tak zacnej rybie.
Wracając do domu, nie musiałem mówić mojej szanownej małżonce, że coś złowiłem – uśmiech na mojej twarzy i poziom zrelaksowania starczył bardziej niż słowa…ałżonce że coś złowiłem, uśmiech na mojej twarzy i poziom zrelaksowania starczył więcej niż słowa….
Przeczytaj również:
Marcowa metoda, method feeder.
Feeder w marcu – pierwsze leszcze, liny i jesiotr po zimie.
Łowienie leszczy we wrześniu na feeder – Śródlesie i skuteczna zasiadka.







