Nie miałem całej nocy. Miałem tylko świt, kubeł kawy i jedną szansę, żeby w końcu odetchnąć.
Czas pędzi nieubłaganie do przodu i bezpowrotnie przemija. Tak samo przeminął mój urlop, a ja po pierwszych dniach w pracy po prostu musiałem pojawić się nad wodą i posiedzieć w spokoju. Przy okazji chciałem też poukładać sobie w głowie kilka spraw.
Planowałem wyjazd na nockę z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę, ale plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością. Jedyną możliwością obcowania z rybami były wczesne godziny poranne trzynastego lipca. Nie przepuszczam żadnej szansy na pobyt nad wodą, więc punktualnie o czwartej trzydzieści pojawiłem się na moich gliniankach.
Rozłożyłem graty i zaparzywszy kubeł kawy, oddałem się przemyśleniom w oczekiwaniu na brania. Układałem sobie w głowie kilka spraw, jednocześnie wzrokiem omiatając tak dobrze znany mi krajobraz. Dzień budził się do życia, a i mnie mocna, aromatyczna i czarna jak noc kawa coraz bardziej stawiała na nogi.
Myśli moje biegły jak zwykle w stronę przyrody, nie pozwalając skupić się na niczym innym. Kontemplowałem to, że kolejny rok wędkarski powoli przemija i letnia stagnacja wkrótce zaowocuje kolejnym okresem intensywnego żerowania ryb oraz fantastycznymi braniami.
Jedna część mnie nie mogła się doczekać tego momentu, a druga zdawała sobie sprawę, że świeżość wiosny i wspaniałe chwile upalnego lata powolutku odchodzą na rzecz polskiej jesieni. Wiem, że do niej zostało jeszcze kilka tygodni, ale w przyrodzie zaszły już nieodwracalne zmiany. Jeszcze nie tak dawno ozłocone kłosami pola przybrały barwy burych ściernisk. Dla mnie to pierwsze oznaki końca wspaniałego lata.
W takim nostalgicznym nastroju przesiedziałem sobie trzy godziny i już powoli chciałem pakować sprzęt, by wrócić do rodziny, gdy jeden z sygnalizatorów dał o sobie znać i grając najpiękniejszą melodię dla ucha wędkarza, zasygnalizował spokojne branie.
Uniósłem wędzisko i z racji używania plecionek rozpocząłem delikatny, przyjemny hol z siedemdziesięciu metrów. Początkowo wszystko przebiegało gładko. Ryba zataczała przyjemne kręgi i ładnie współpracowała. Najlepsze chwile holu przyszły na trzech długościach wędki, gdy ładny karpik postanowił, że muszę zapracować na zdjęcie z jego udziałem. Kilka razy odjechał i za nic w świecie nie chciał dać się wprowadzić do podbieraka. W końcu jednak udało się tego niezwykle walecznego osobnika wprowadzić do siatki.
Odłożyłem wędkę, karpia umieściłem na macie i przez chwilę łapałem oddech. Na oko miał około pięciu kilogramów i wydawał się dziwnie znajomy. Na macie strasznie dokazywał i broił, nie chcąc ładnie zapozować. Raz nawet prawie opuścił matę. W końcu udało się doprowadzić całą operację robienia zdjęcia do końca i choć nieco niezdarnie, ze zbyt wyeksponowanymi rękoma, uwieczniłem rybę na fotografii.
Z ciekawości zważyłem mojego starego znajomka i okazało się, że od ostatniego spotkania przyrósł o osiemset gramów, co bardzo mnie ucieszyło. Jego waga oscylowała w okolicach 5,8 kg. Karp, ukazując fantastyczną kondycję, odszedł jak torpeda, a ja cały szczęśliwy mogłem pakować zabawki i wracać do domu.
W domu czekały już w wyjściowych strojach moje pociechy, bo rodzinnie wybieraliśmy się do kościoła. Ogólnie, biorąc pod uwagę niezwykle krótki czas wypadu, mogę zaliczyć go do udanych.
A w sekrecie powiem wam, moi mili, że czekam na nowe kijaszki, bo chcę zmaksymalizować efekty błyskawicznych zasiadek i popróbować niezwykle popularnej ostatnimi czasy metody.
Przeczytaj również:
Karp w mrozie – zimowa zasiadka, dublet i jeden z najpiękniejszych karpi łowiska.
Pierwszy dzień wiosny nad wodą – zimno, karpie i prawdziwe wędkarskie realia.





