Wrześniowy rodzinny wypad na ryby i powrót do równowagi.

DSC 0032

Ten weekend nie dał mi wielkich ryb. Dał mi coś lepszego, znowu poczułem, że żyję.

Wrzesień to miesiąc, który rokrocznie przynosi mi największe sukcesy wędkarskie i niezmiennie kojarzy mi się z rybami. Zawsze starałem się, by ten jakże ważny dla wędkarzy miesiąc obfitował w wyprawy umożliwiające złowienie życiowych okazów. Wyobraźcie sobie więc, jak bardzo cierpiała moja wędkarska dusza, gdy kalendarz wskazywał koniec pierwszej dekady września, a ja nie miałem możliwości choćby pięciominutowego pobytu nad wodą. Serce bolało, ale nie miałem innego honorowego wyjścia z sytuacji, jak po prostu rzetelnie pracować.

Wracałem więc do domu zawsze z opóźnieniem i nie udawało mi się o czasie opuszczać miejsca pracy. Powoli szarzałem jak przeciętny korpoludek. Taka sytuacja nie mogła trwać dalej. Powiedziałem sobie w duchu, że trzeba się choć na chwilę oderwać, przestać myśleć o pracy i w końcu coś zrobić.

Z piątku na sobotę podłączyłem się późną nocą na akwen Okońiówka do prezesa mojego koła, a rankiem zabrałem dwoje starszych z moich urwisów do lasu na grzyby. Wyprawa była poważna, a dzieciaki srogo wyposażone w plecaki z prowiantem i czapki z daszkiem. Dzielnie maszerując, wyruszyły ze mną do pobliskich Borów Niemodlińskich w poszukiwaniu grzybów.

Powiem szczerze, że ponownie zakręciła mi się łza w oku, kiedy przypomniałem sobie moje i braci pierwsze wyprawy na grzyby z ojcem. Od razu na myśl nasunęła mi się refleksja i ożyły wspomnienia tych nielicznych chwil spędzanych na zabawie z tatą. Otrząsnąłem się jednak po kilkunastu metrach i całą swoją uwagę poświęciłem już dzieciom.

Sucha pogoda i dość późna pora nie pozwoliły grzybni wydać owoców, jednak i tak, prowadząc moje pociechy starą, dobrze znaną ścieżką, znaleźliśmy kilka ładnych sztuk. Nie zbieraliśmy ich jednak. Zostawiliśmy je tam, gdzie rosły. Po przebyciu ośmiu kilometrów szczęśliwe i zmęczone dzieci wróciły do żony, która przyjęła nas słodką niespodzianką. Poczułem ponownie, że żyję i że całe stresy związane z pracą odeszły gdzieś na bok.

Spędziłem czas z dziećmi do wieczora i ponownie na noc zniknąłem na ryby. Rano było mi jednak strasznie mało łowienia i czułem srogi niedosyt, więc po niedzielnej sumie i obiedzie zarządziłem, trochę na przekór małżonce, rodzinny wypad na ryby.

By zapewnić maksymalny komfort rodzinie, zabrałem kemping, by zmęczona małżonka wraz z synami miała gdzie odbyć drzemkę. Na łowisko, z racji bliskości, dostępności i dużej wykoszonej łąki, na której mogły odbywać się gry i zabawy, wybrałem moje ukochane glinianki. Wyruszył więc nasz mały rodzinny konwój złożony z dwóch samochodów i przyczepy, by okupować gliniankę sportową.

Magdalena, jako doświadczony sternik mojej łódki RC, pomogła wywieźć zestawy, a Wiktor wraz z żoną i Wojciechem kibicowali jej przy tej czynności. W czasie rodzinnego wypadu odnotowaliśmy jedną rolkę, niestety spiętą w zaczepie, bo trzymając Wojciecha na rękach, nie byłem w stanie podjąć holu.

Nie przejąłem się jednak utratą ryby. Spędziłem cudowny, aktywny czas z rodziną, łącząc hobby i obowiązki głowy rodziny. Przy okazji, w rozmowie z małżonką, podjęliśmy decyzję o zakupie nowszej, w pełni wyposażonej przyczepy kempingowej, by wyjeżdżając całą familią nad wodę, mieć komfortowe i godne warunki do bytowania, z toaletą włącznie.

Kilkadziesiąt godzin weekendu z dziewiątego na dziesiąty września pozwoliło mi ponownie zobaczyć kolory otaczającego mnie świata i wejść w nowy tydzień silnym, a mimo zmęczenia fizycznego także psychicznie wypoczętym.

Przeczytaj również:

Pożegnanie z Malarami.

Weekend nad wodą z rodziną – karpie, ognisko i chwile, które zostają na zawsze.

Ostatni majowy weekend – zmęczenie, rodzina i ucieczka nad wodę.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Paweł Sąsiadek

Paweł Sąsiadek – wędkarz i autor bloga „Ryby Moje Życie”, gdzie dzielę się praktyczną wiedzą prosto znad wody. Łowię różnymi metodami, ale szczególne miejsce w moim wędkarskim świecie zajmują karpie i łowienie na ziarna, które sam przygotowuję i testuję w praktyce. To blog tworzony na doświadczeniu, nie teorii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *