Nie pojechałem tylko połowić. Pojechałem przypomnieć sobie, jak dobrze smakuje noc nad rzeką i drgająca szczytówka.
Sierpień u swojego schyłku postanowił przypomnieć, że nieubłaganie zbliża się jesień, a umiarkowana temperaturowo pogoda była notorycznie przeplatana deszczem. Urlopowicze, niezadowoleni z obrotu sprawy, siedzieli smętnie pod dachami altan i liczyli na większą łaskawość niebios. Ja natomiast czułem coraz większą presję, bo w duchu wiedziałem, że sezon wędkarski po lipcowej stagnacji zaczyna wchodzić w swoje drugie apogeum.
Sezon sezonem, a praca pracą i nawet najbardziej ukochane hobby nie może zakłócić największego z obowiązków, czyli utrzymania rodziny. Trwałem więc dzielnie na stanowisku pracy i czekałem na weekend. Los okrutny ponownie postanowił zakpić sobie z mojego misternego planowania i w godzinach porannych odebrałem wiadomość od małżonki, że słabo się czuje. Muszę przyznać, że gdy moja połowa komunikuje złe samopoczucie, to jej stan zazwyczaj wymaga hospitalizacji, więc wypisawszy godziny wolne w pracy, pojawiłem się w domu, by jak najbardziej odciążyć ją od obowiązków związanych z opieką nad dziećmi.
Dzielnie zajmowałem się dziećmi, a w duchu myślałem, jak wspaniale byłoby wytestować zakupione trzy dni wcześniej feedery. Tak bardzo zazdrościłem kolegom epickiego wędkowania przy użyciu feederów, że po trzeciej wyprawie sam ponownie nabyłem wędziska odpowiednie do tej metody i chciałem posiedzieć nocą, wpatrzony w szczytówkę ozdobioną chemicznym świetlikiem.
Na szczęście złe samopoczucie małżonki spowodowane było zalegającą skórą pomidora na żołądku i organizm skutecznie się jej pozbył. Moja małżonka wkrótce odzyskała kolory i dobre samopoczucie. Dodatkowa drzemka w ciągu dnia zupełnie pozwoliła jej dojść do siebie, ale ja mimo wszystko miałem sobie odpuścić wyjazd na ryby, by mieć pieczę nad rodziną.
Tak dotrwałem do godziny dwudziestej pierwszej dnia dwudziestego piątego września i z pomocą przyszła moja dzielna córa, która bardzo chciała jechać z tatą na nockę. Spakowane auto czekało, wystarczyło zabrać jedzenie i jechać nad rzekę, która ponownie zachwyciła mnie po ponad czteroletniej przerwie w połowach na niej. Mowa tu oczywiście o Odrze, do której mam około dziesięciu kilometrów.
Niestety na zabranie kempingu nie pozwoliła mi awaria oświetlenia, więc postanowiliśmy pospać w aucie. Po raptem dziesięciu minutach byłem nad rzeką i przy kibicowaniu córki rozłożyłem dwa feedery oraz zrobiłem zestawy przy użyciu tak zwanego świńskiego ogona. Córka stwierdziła, że chyba będzie już spać, a ja mogłem skupić się na łowieniu.
Z racji zapadłego już zmroku miałem szalenie utrudnione zadanie. Jednak przyśluzowy odcinek Odry, oświetlony latarniami, ułatwiał celowanie w punkt. Posłałem trzydzieści koszyków zanętowych w odmęty Odry i założywszy właściwe zestawy, rozpocząłem właściwe łowienie.
Nie było mi dane zbyt długo czekać na efekty. Już po około trzydziestu minutach wylądowałem ładnego, grubego krąpia. Krąpie skutecznie atakowały co kilkanaście minut i przez całą noc złowiłem ich około dwudziestu. W połowie nocy postanowiłem co nieco się zdrzemnąć i wykorzystałem sygnalizatory ustawione na trzeciej podpórce. Nie było mi jednak dane na dłużej zmrużyć oka, gdyż jak wspominałem, co kilkanaście minut trzeba było wstawać i obsługiwać wędziska.
Zmęczony, a zarazem szczęśliwy, doczekałem ranka i pokrzepiałem się gorącą kawką. Wtedy z auta wychyliła się rozczochrana głowa mojej córci i zapytała, co na śniadanko i czy coś złowiliśmy. W odpowiedzi pokazałem jej nocny połów. Moje słoneczko stwierdziło, że dwie z tych rybek zjadamy i niechętnie musiałem zabrać do domu dwa dorodne krąpasy. Dla ścisłości muszę dodać, że mimo sporej liczby ości smakowały wybornie zarówno mnie, jak i mojej córeczce.
Zadowolony z wyników i zmęczony nieprzespaną nocą, po śniadaniu i drugim kubku gorącej kawy wróciłem wraz z Magdą do domu, gdzie na obiad przygotowaliśmy sobie złowione ryby. Fajnie było przypomnieć sobie klasycznego feedera i mam nadzieję dalej znajdować kilka razy w roku czas na drgającą szczytówkę i rzekę.
Przeczytaj również:
Styczniowy feeder -15 zmarnowanych brań… i decyzja, która zrobiła wynik.
Zimowy feeder na kanale – pierwsza ryba sezonu i lekcje z łowienia w nurcie pierwsza wyprawa 2020.





