Oddałem krew… a życie oddało mi ten jeden hol, dla którego warto było wrócić nad wodę.
We wtorek, 3 lipca, znalazłem czas, by podzielić się częścią siebie z potrzebującymi, udałem się więc do centrum krwiodawstwa, gdzie udzieliłem donacji płytek krwi. Po złożeniu donacji wykorzystałem czas wolny i udałem się na ulubione łowisko. Oczywiście roztargniony i wybity z rytmu wyprawowego zapomniałem podbieraka, co z kolei skutkowało potrzebą odbycia blisko 40 km podróży ponownie.
Małe perypetie związane z pamięcią spowodowały znaczne skrócenie czasu, który miałem do dyspozycji na łowienie. Początkowo planowałem w spokoju posiedzieć nad wodą cały dzień, połowić sobie do syta ryb.
Niestety oddanie płytek chwilę trwa, a i konieczność dodatkowych podróży pozwoliła mi pojawić się na łowisku w okolicach godziny 13. Dobra i trzynasta – pomyślałem sobie, rozkładając w tempie fotel, wędki i parasol.
Sprzyjała mi pochmurna pogoda z przelotnymi opadami deszczu, która świetnie łagodziła skutki upałów i dawała nadzieję na znakomite brania, zwłaszcza brania leszczy, na które naprawdę warto udać się nad malownicze Śródlesie.
Zaparzyłem kubeł kawy i domoczyłem znaczne ilości pelletu. Zakładałem dystansowe łowienie feederem, oscylujące gdzieś w okolicy 80 metrów. Spakowałem więc wcześniej moje tak rzadko używane feederowe zestawy, dedykowane właśnie tej metodzie połowu.
Ustaliłem komfortową odległość łowienia w taki sposób, by była łatwo osiągalna z rzutu na siedząco, wybadałem dno i, utwierdzony w doborze lokacji łowiska, posłałem w nie kilkadziesiąt podajników na start.
Siorbiąc co nieco za ciepły jeszcze napar, oddałem się kontemplacji piękna tej malowniczej wody, całym sobą chłonąłem wszystko to, co przyroda mi oferowała.
A blisko dwumiesięczny post w ukochanym hobby powodował wielokrotne zintensyfikowanie doznań. Jak cudownie było ponownie oddać się pasji.
Pierwsze efekty starań przyszły niespodziewanie szybko, przerwały potok myśli i dostarczyły przyjemności z walki z rybą. Pierwszy leszcz siadł na zestawie i dał nadzieję na więcej.
Udawało mi się utrzymywać dość regularne brania, ponęcając co 10 minut łowisko. Taktyka sprawdzała się nad wyraz dobrze do czasu, aż na kiju poczułem rybę o sile lokomotywy.
Rozpoczęła się więc epicka walka, ciekawa tym bardziej, że na kołowrotku główną żyłką była żyłka w rozmiarze 0,20 mm. Po kilkunastu minutach niestety przypon nie wytrzymał przeciążeń i straciłem srogą rybę. Nie zrażony przewiązałem zestaw i dałem sobie kilka minut na opanowanie emocji.
W międzyczasie odebrałem telefon od Darka, który postanowił wpaść na chwilę towarzysko na ryby. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, a ja konsekwentnie łowiłem dość regularnie biorące leszcze.
Nie chcąc co chwila brudzić rąk śluzem, uwalniałem je w wodzie, by zadanie sobie dodatkowo ułatwić, pozbyłem się mikro zadzioru z haków.
Czas upływał wspaniale, ja relaksowałem się coraz bardziej.
Ponownie wędkarską sielankę przerwało atomowe branie. Tym razem postanowiłem, że zrobię wszystko, by ryba znalazła się na macie. I dzięki uprzejmości wędkarzy na stanowiskach obok, którzy widząc walkę, pozwijali swoje zestawy i przyszli kibicować.
Walka trwała dobre 20 minut, cienka żyłka i dość sztywne kije nie ułatwiały mi zadania. Dodatkowo kibice i chęć położenia karpia na macie czyniły walkę bardziej wymagającą. Na szczęście hamulec kołowrotka pracował bardziej niż poprawnie i w końcu karp został wprowadzony do podbieraka. Banan na ustach, gratulacje i piątki zbijane z innymi wędkarzami. Szybka sesja, której autorem był Darek, i ryba wróciła do wody.
Emocje nie pozwoliły mi na jakiekolwiek działania, przez dłuższą chwilę siedziałem i odpoczywałem. Przewiązałem zestawy, pozbywając się fragmentu żyłki najbardziej narażonego na przeciążenia. Dołowiłem jeszcze trzy leszcze i telefon dał znać o sobie. Dzwoniła małżonka, zaniepokojona zbyt długim czasem braku mojej aktywności na komunikatorze.
Zapytała, czy już sobie połowiłem i kiedy mam zamiar być w domu. Nastrojony bardziej niż pozytywnie udzieliłem odpowiedzi na zadane pytania przez moją najdroższą połowę. Wytargowałem jeszcze godzinkę, po upływie której nie pozostało mi nic innego, jak spakować graty, pożegnać się z Darkiem i udać się do domu.…
Zobacz jak łowiłem na śródlesiu w maju.








Pingback:Jak łowić leszcze wiosną na feeder – skuteczna taktyka ze Śródlesia. - blog wędkarski rybymojezycie.pl
Pingback:Łowienie leszczy we wrześniu na feeder – Śródlesie i skuteczna zasiadka. - blog wędkarski rybymojezycie.pl
Pingback:Majowe samotne popołudnie – feeder, spokój nad wodą i relacja z łowienia. - blog wędkarski rybymojezycie.pl
Pingback:Luty, feeder i wielkie nadzieje – czyli jak Śródlesie uczy pokory. - blog wędkarski rybymojezycie.pl
Pingback:Zimny Feeder Opolszczyzny 2022 – zawody na Śródlesiu i lekcja pokory. - blog wędkarski rybymojezycie.pl