Pojawianie się na rybach w miesięcznych cyklach, czyniło mnie lekko smutnym. Moje życie tradycyjnie prawie pozbawione czasu na własne przyjemności zaczęło mnie męczyć i rozpocząłem rozważania nad zmianą swojego statusu. Myślę by to zrobić aby się realizować w mojej głowie kiełkuje pewien pomysł jednak brakuje odwagi by porzucić służbę która daje mi masę satysfakcji ale i zabiera masę czasu. Czasu którego nie da się już cofnąć. Stwierdziłem więc że czas się na chwile zatrzymać i przemyśleć spokojne swoje sprawy. Gdzie myśli się lepiej niż na rybach? Naturalną rzeczą stało się dla mnie to że jak coś wymaga rozważenia w samotności to uciekam nad wodę do przyrody, daje sobie czas na oczyszczenie głowy i rozpoczynam analizę.
Więc w czwartek 25 września w okolicy godziny 8 pojawiłem się na łowisku. Rozłożyłem feedery i zaparzyłem kawę, w tym czasie doszedł pellet i mogłem posłać zestawy w przygotowane wcześniej miejsca. Zamoczyłem usta w aromatycznym naparze i oddałem się przemyśleniom. Mój umysł podążył swoimi ścieżkami a ciało zrelaksowało się na fotelu. Mentalne rozważania przerwało wędzisko które nieśpiesznie zjeżdżało z feederarma. Ruch natychmiast wywołał właściwą reakcje. Uniosłem wędzisko i wiedziałem natrafiwszy na opór niczym czterdziestotonowej ciężarówki. Wiedziałem że na haku jest coś zacnego. Małe haki przy metodzie i przypon 0,18 nie wróżył sukcesu dodatkowej pikanterii dodawały liczne zaczepy przy brzegach. Jednak rybę udawało się powstrzymać tuż na granicy wytrzymałości zestawu, po kilkunastu minutach holu cacząłem się zastanawiać kto tu kogo holuje. Po dwudziestu zacząłem czuć chęć zobaczenia swojego przeciwnika. Długi hol skupił w około mnie młodzież wędkujacą na zbiorniku. Presja stawała się coraz bardziej poważna. W końcu po długim czasie przeciwnik zaczął reagować i udawało się skrócić dystans, na kołowrotku pojawiły się pierwsze zwoje strzłałówki. Stres narastał i w końcu udało się oderwać rybę od dna, pojawiła się w całej krasie przewalając w młynku swoje wspaniałe cielsko, ogromny ogon uderza w wodę. Adrenalina buzuje, podejmuje drugą próbę podniesienia ryby zwiększam siłę i czuję nagły luz, podajnik wyskakuje nad wodę a ja siadam zrozpaczony. Młodzież kibicuje więc nie ma miejsca na wulgaryzmy które cisną się w takim momencie na usta. Udaje spokój mówię że się zdarza dość często. Zwijam zestaw oznajmiając młodzieży że zobaczymy co puściło, widzę zainteresowanie w ich oczach sprawdzam i nie wytrzymał krętlik firmy na F. Robiąc dobrą minę do złej gry przerzucam zestawy. Młodzież zadaje pytania i jest atomowe branie po kilku minutach holu pojawia się na macie karpik na otarcie łez. Szybka fotka i do wody. Nie zdążyłem przerzucić a druga wędka została prawie porwana. Szalony hol i dobre dziesięć minut zabawy w podbieraku melduje się może czterokilogramowa wścieklizna. Ucieszony znakomitą kondycją ryb szybko uwalniam rybę. Postanawiam chwile odpocząć i telefon przerywa sielankę. Zły odbieram i słyszę „Ryju strzelnica wolna. Jedziemy na motorach?”. Cóż miałem odpowiedzieć oczywiście że jadę. Nie maiłem wam się jeszcze okazji pochwalić że od dwóch lat mocno interesuje się różnymi aspektami strzelectwa a przemieszczanie się nowo nabytym motorem w „sezonie” traktuje jako priorytet. Musiałem ulec. Spędziłem więc resztę dnia utylizując amunicję w różnych wyimaginowanych sytuacjach. Podróż motorem miała też drugie dno ponieważ za dwa dni wyruszaliśmy wraz z przyjaciółmi nad polski Bałtyk zobaczyć zachód słońca.




