Pierwszy listopada to melancholijny dzień, dzień przeznaczony na wspomnienie bliskich i tradycyjne odwiedziny miejsc ich spoczynku. I ja jak co roku oddałem się rodzinnie tradycji odwiedziłem nekropolie a że wybrałem godziny przedpołudniowe po obiedzie pojawiło się okienko czasowe a zarazem pogodowe. Wpadłem więc na pomysł by poszukać okoni na jednej z pobliskich żwirowni na której żyje całkiem niezła populacja tej ryby co prawda raczej tych mniejszych ale jak jest dzień to da się do przysłowiowego omdlenia ręki połowić. Zawsze raźniej łowi się we dwoje więc co ostatnio robi się tradycją zaprosiłem młodego adepta sztuki wędkarstwa Michała mieszkającego tuż za płotem.
Udaliśmy się więc we dwóch w poszukiwaniu okoni i innych drapieżników na żwirownie w Lewinie Brzeskim. Zbiornik spory i z potencjałem ale niestety turystyczny i co gorsza obsadzony często ludźmi którzy mentalnością zakorzenieni są w innej rzeczywistości w której pozostawianie śmieci i chlewu za sobą jest normalne. Poza tym w sezonie kąpielowo biwakowym również nie daje się tam w spokoju łowić więc skutecznie go unikam w tym okresie. Wskazania echosondy pozwalały dostrzec ze ryby już pozbijały się w stada i zajęły co głębsze partie zbiornika i tu pojawiły się mieszane uczucia w których partiach wody skrywać mogą się pasiaki. Teorie, teoriami ja mimo wszystko postanowiłem obłowić płytkie oscylujące w okolicy metra partie zbiornika a w porze wieczornej przy powrocie spróbować na głębszej wodzie obłowić spadki i zatopione dęby. Jak pomyślałem tak też wykonałem i wkładając sporo siły w wiosła popłynąłem na wybrane miejscówki. Czas przyjemnie mijał bez kontaktu z rybą aż do momentu gdy Michał z toni dostał branie okonia, wkrótce później niemiarowego szczupaka. I ja miałem pojedyncze kontakty z rybami niestety bez zacięć. Posunąłem się więc do użycia bocznego troka i coś tam zaczęło nad wodą się pojawiać na kiju. Zmieniliśmy łowiska na nieco głębsze i ja przeszedłem z paprocha na większe kopytka, miałem jedno potężne branie niestety przez zbyt późną reakcję nie wcięte. Zawinięty ogonek i charakterystycznie podziurawiona guma pozwalała się domyślać że mógłby to być sandacz. Obłowienie miejscówki dało na pocieszenie niemiarowego szczupaka. Nic to pomyślałem najważniejsze że nie o kiju. Wzmagający się wiatr i strata kotwicy nie pozwoliła kontynuować łowienia więc trzeba było wracać do brzegu i zapakować się na przyczepę z całym majdanem. Fajne kilka godzin może nie było zbyt owocne ale za to miło spędzone w dobrym towarzystwie.
















