Największe ryby tracisz nie przez pecha… tylko przez rzeczy, które zlekceważyłeś, bo wydawały się oczywiste.
Sidney Polak w swoim utworze śpiewał „Dobre momenty, jak fotografie. Zbieram w swej głowie jak w starej szafie”, tak i ja zbierałem dobre wędkarskie momenty, na świecie królował już listopad woda stała się naprawdę zimna a ryba kapryśna.
Boleśnie przekonałem się o tym startując w zawodach w fedderze klasycznym na ukochanym Śródlesiu 2 rozgrywanych 6 listopada, schodząc o przysłowiowym kiju z łowiska.
Późniejsza analiza mojego nieudanego połowu pozwoliła mi wykryć swój błąd ale o tym wspomnę może kiedy indziej.
Chociaż… do błędów trzeba się przyznać i braku większych sukcesów upatruję się w braku sygnalizacji brani.
Feeder klasyczny w zimnej wodzie na około 60-70 metrze na żyłce przy mega delikatnych braniach był mocno losowy.
Tyle razy wspominałem o sygnalizacji na wszelkiego rodzaju grupach i forach a sam padłem ofiarą jej braku. Kilka razy wyciągając wyssane robaki na haku. Nic to lekcja pokory została odebrana i wnioski ponownie zostały wyciągnięte a bolesne zero pozwoli na dłużej pamiętać przyczynę porażki.
Kolejny moment wędkarski pojawił się w niedziele trzynastego listopada dostałem w godzinach przedpołudniowych zgodę od małżonki na mały wypad na glinaczki dostępne trzy godziny postanowiłem wykorzystać skwapliwie na ukochane hobby.
Jakiż byłem zdziwiony widząc obsadzone wszystkie stanowiska i to szanowni koledzy sądząc po przyczepach spędzali weekend na rybach.
Ach ile bym dał za weekend na rybkach tym bardziej że dysponuje kempingiem z ogrzewaniem i wszelkimi wygodami jak toaleta piekarnik i źródła światła.
Już chciałem zawracać ale pomyślałem sobie że chociaż przywitam się z chłopakami i zamienię kilka słów, wszak szmat czasu ich nie widziałem.
Naprzeciw moim wędkarskim potrzebom wyszedł Michał który udostępnił mi kawałek wody i miejsce przy ognisku.
Rozstawiłem sprzęt tradycyjne z metodą i tym razem z racji niskich temperatur wsparłem feedery sygnalizatorami brań a czas zasiadki planowałem spędzać w ogrzewanym wnętrzu mojego auta i przy ognisku.
Wędki znalazły się w wodzie a ja postanowiłem starym sposobem przystawiając kubek do ogniska zaparzyć sobie kawę, kawę wzbogaconą o aromat dymu.
Szanowni kto próbował ten wie jak taki napar smakuje zwłaszcza w zimne dni.
Krąpie i leszcze nie pozwalały mi się nudzić, stale zmuszając mnie do wychodzenia na zimno. Mimo termicznych niedogodności cieszyłem się bardzo że coś się dzieje.
Mój dostępny czas bardzo się kurczył i powoli planowałem już częściowe zwijanie sprzętu. Aż mocne, spokojne ugięcie szczytówki i dźwięk sygnalizatora wskazało że leszczowo-krąpiowa passa została przerwana czymś fajniejszym.
Chwila spokojnego holu i tuż przy podbieraku pojawił się fajny łuskacz.
Niestety gdy miałem go wprowadzać uśpiony jego sennością nie zareagowałem odpowiednio na nagły zryw i rybka się spięła. Mimo wszystko był to łuskacz który zrobił mi dzień i nastroił bardzo pozytywnie na jego resztę.
Po uwolnieniu się ryby wróciłem do domu z twarzą okraszoną uśmiechem, moja pani nie zadawała zbędnych pytań, przytuliła się na przywitanie i zakomunikowała że wkrótce na stole będzie obiad. Piękny moment powrotu do domu gdy na zmarzniętego acz szczęśliwego wędkarza czeka kochająca żona i ciepły aromatyczny posiłek. Oddałem się więc w pełni rodzinie wspólnie celebrując pozostałe chwile niedzieli.
Przeczytaj również:
Łowienie leszczy we wrześniu na feeder – Śródlesie i skuteczna zasiadka.
Wędkowanie z synem na feeder – powrót po wyjeździe służbowym i chwile, które budują więcej niż ryby.














