Łakomczuch który pochłaniał w sposób nienasycony mój czas ponownie wziął wielki kęs i z mojego życia dla spraw służbowych zostało wycięte następne kilkadziesiąt dni. Służba to surowa matka która od sowich dzieci wymaga poświęceń, więc i mi wypadało ponownie opuścić ciepło domowego ogniska i wyjechać w kierunku wschodzącego słońca na kolejne dni. Tylko dobrodziejstwa dzisiejszej technologii pozwalają utrzymywać stały kontakt z rodzinami osładzając czas spędzony bez bliskich.
Gdy wróciłem 20 maja nie zdążyłem dobrze rozgościć się w domu a mój Wojciech już palił się by pojechać z tatą nad wodę, podejrzewam że duży udział w powstawaniu tego zapału wzięła obietnica z mojej strony. Obietnica złożona oczywiście w „tajemnicy” przed małżonką, w której to zobowiązałem się że odwiedzimy sklep przed wyprawą na ryby w celu zakupienia łakoci. Ciężko mi odmówić dziecku małych przyjemności i zawsze małe grzech usprawiedliwiam chęcią rekompensaty braku kontaktu z ojcem. Pojawiliśmy się po małych zakupach nad wodą a Wojciech aż palił się do łowienia na feedery. Rozłożyłem fotel dedykowany tej metodzie a ja w roli trenera usadowiłem się na stołu krzyżakowym. Do wody zestawy posyłał Wojtek więc o precyzji nie mogło być mowy a ja w żaden sposób krytykować go nie chciałem by zapału i młodzieńczej chęci nie zgasić.
Zaatakowały nas krąpie których populacja rzadko kiedy zawodzi na łowisku i miałem mnóstwo roboty z ich uwalnianiem. Wojtek stoczył też walkę z całkiem przyjaznym jesiotrem i fajnym karpikiem. Gdy widziałem emocje mojego syna gdy holował rybę dostrzegłem w nim cząstkę siebie. Zadumałem się chwilę i przypomniałem sobie jak to w jego wieku bardzo chciałem łowić ryby. Tak bardzo że uciekłem o 5 rano rodzicom nad staw by połowić pierwszy raz samodzielnie ryby w pobliskim stawie. Oczywiście wyprawa dobrze dla mnie się nie skończyła, dostałem srogi ochrzan gdy rodzice już mnie znaleźli. Chciałbym by moje dzieci kontynuowały moją pasje ale to tylko pobożne życzenie z mojej strony które mam nadzieje że się kiedyś spełni.











