Życie było dla moich pasji bezlitosne, do trzeciego października zaliczyłem jakieś pojedyncze dosłownie dwu godzinne wypady na ryby, małe spinningi ale obowiązki zawodowe i rodzinne nie pozwalały ładować akumulatorów nad wodą. Smutek mnie ogarniał coraz większy i żal ściskał serce bo jesień powinna obfitować w szereg wypadów wędkarskich a nie jakieś pojedyncze epizody. Zdałem sobie sprawę że zupełnie odpuściłem ciężkie karpiowe grunty metodę która dominowała w przeszłości, postanowiłem więc wrócić do karpiowania i zaliczyć chociaż trzy lub cztery godziny nad wodą.
Pierwsze zeschnięte liście pojawiały się już na tafli wody a i temperatury już co nieco spadły, jednak odpowiednie ubranie i gorące napoje dawały odpowiedni komfort termiczny. Wywiozłem zestawy i w oczekiwaniu na branie oddałem się lekturze książki. Czas upływał mi leniwie i w końcu rozpocząłem proces ładowania akumulatorów. Cieszyłem się spokojem i ciszą. Z zamyślenia wyrwał mnie pisk sygnalizatora. Wyskoczyłem z auta i zatrzymałem rybę która twardo szła w zaczepy. Obawiałem się że plecionka nie wytrzyma naprężenia i ryba wygra. Po chwili impasu i siłowania się ryba zaczęła wychodzić na czystą wodę. Odetchnąłem z ulgą mogłem nieco odpuścić hamulec i cieszyć się z holu ryby. Po kilku minutkach holu w czasie którego karp dzielnie walczył na macie zagościł zacny mieszkaniec lokalnych glinianek. Mała sesja fotograficzna na pamiątkę spotkania i gdy przygotowywałem zestaw do ponownej wywózki, otrzymałem telefon od małżonki że migrena i że wie jak mi zależało na tych rybach. W kilka minut później spakowany wracałem by zająć się cierpiącą żoną. Po raz kolejny życie rodzinne i obowiązki pokrzyżowały nieco plany wędkarskie ale mimo wszystko byłem wdzięczny za tą chwilę nad wodą i za spotkanie z rybą.





