Zimą nie zawsze chodzi o łowienie – czasem trzeba zadbać o to, żeby w tych wodach w ogóle było co łowić.
Wspaniała zima do której przywykłem przebywając we wschodniej części naszego wspaniałego kraju zagościła i u nasz na śląsku dobre, może nie przyniosła tyle śniegu jednak ujemne temperatury nie odbiegały znacząco od tych na wschodzie. Taka zima mi odpowiadała bo wody skuł lód a pokrywa lodowa stała się bezpieczna co zachęcało mnie do przypomnienia sobie jak wspaniale łowi się ryby z pod lodu.
Niestety plany planami a obowiązki obowiązkami, kolega który monitorował stan natlenienia wód na grupie zaalarmował że stan tlenu w wodzie zbliża się do niebezpiecznej granicy dla wszelkich organizmów żywych.
Podjąłem się więc zorganizowania w dniu 24.01.2026 akcji napowietrzania.
Ten obowiązek wziąłem na siebie ponieważ zarząd pełnił obowiązki reprezentacyjne na walnym zebraniu sprawozdawczym u druhów strażaków.
Jednocześnie bardzo zależało mi na tym by chociaż spróbować coś złowić z pod lodu ustaliłem więć początek akcji natleniania na godzinę 9 dając sobie godzinkę przed całym wydarzeniem na wywiercenie kilku otworów i podłubania jakiś ryb.
Udało się wywiercić dwie dziury i wydłubać jednego okoniczka, na więcej zabrakło już czasu bo ludzie zaczęli się zjeżdżać z dużym zapasem czasowym.
Zająłem się wiec przygotowaniem ogniska przy którym mieliśmy się ogrzewać napowietrzając wodę.
Rozstawiliśmy sprzęt do napowietrzania i zaczęliśmy czuwać przy nim. Akcja napowietrzania zgromadziła całkiem sporą grupę osób więc zrobiło się całkiem towarzysko. Mórz przyjemnie szczypał w policzki a herbata z przyprawami miodem i cytryną przyjemnie rozgrzewała.
Poziom tlenu powoli podnosił się a my co jakiś czas przestawialiśmy urządzenia i pilnowaliśmy poziomu paliwa w agregatach.
Spożyliśmy znakomitą kiełbasę z grilla aż spoglądając na żar ogniska narodził się pomysł by wrzucić w niego ziemniaki. Udaliśmy się wiec do sklepu po ziemniaki, masło i sól.
Powiem wam szanowni że takiego smaku długo się nie zapomina, wysiłek fizyczny, przebywanie na mroźnym powietrzu znakomicie przyprawiły to proste danie z dzieciństwa.
Nie trzeba było długo czekać by wszystkie wrzucone w żar ogniska ziemniaki zostały skrzętnie z niego wydobyte.
Wspaniały czas wspólnej pracy na rzecz ochrony życia w naszych gliniankach błyskawicznie dobiegł końca, poziom tlenu się ustabilizował do poziomu bezpiecznego a my szczęśliwi, zmarznięci i nasycenie ziemniakami z ogniska wracaliśmy do domu.













