Godziny walki z wiatrem, drobnicą i zamarzającymi dziurami… a na końcu jedno branie, które pokazało, jak cienka jest granica między sukcesem a przegraną.
Nie wytrzymałem długo i gdy tylko odtajałem w domowych pieleszach po akcji napowietrzania wody, to zacząłem planować dłuższe ryby z podlodu niż tylko podłubanie w dwóch przypadkowo wywierconych dziurach.
W niedzielę 25 stycznia pojawiłem się nad wodą by popróbować swoich sił w wędkarstwie podlodowym. Bogate jesienno zimowe zarybienia pozwalały sądzić ze może się dziać na zbiornikach.
Uzbroiłem się w świder i bałałajki zabrałem opakowanie co nie co zleżałej już ochotki i udałem się na stawy.
Zaplanowałem taktyczne wiercenie otworów w różnych miejscach na różnych głębokościach a znakomita znajomość topografii dna łowiska ułatwiała mi to zadanie. Wywierciłem kilkanaście dziur zanęciłem je jokersem z gliną i rozpocząłem pielgrzymowanie od otworu do otworu.
Nadzieje maiłem wielkie niestety atakowała mnie sama drobnica, dodatkowo nieprzyjemny wiatr zmienił warunki wędkowania na bardzo niekorzystne.
Dzielnie przez trzy godziny opatulony w ulubiony kombinezon w butach z trzema parami skarpet pielgrzymowałem od otworu do otworu walcząc z zamarzająca wodą, wiatrem i mało świeżą ochotką. Ochotką, którą było z racji jej kondycji bardzo ciężko nadziać na hak.
Zmieniałem bałałajki, kiwoki, mormyszki i nie potrafiłem przebić się przez drobne ryby.
Moje zapotrzebowanie na gorącą kawę zwiększało się niemiłosiernie a cierpliwość też się wyczerpywała. Zrobiłem jeszcze dwie rundy od dziury do dziury bez większych efektów, powiedziałem sobie że ostatnia ryba i wracam do domu.
Dwa uderzenia mormyszką o dno, wyprostowanie kiwoka, odruchowe zacięcie, potężne szarpnięcie i jak że przykry luz. W miedzy czasie adrenalina zadziałała i właśnie odczułem jej działanie momentalnie zrobiło się gorąco i senność ustąpiła.
Niestety maksymalnie wycieniowany jak na moje standardy bo z żyłką 0,08 zestaw po prostu nie wytrzymał.
Dałem sobie kilka minut na ochłoniecie i podjąłem próbę zawiązania kolejnej mormyszki, wiatr, mikro otwór w bakelicie i zmarznięte palce praktycznie uniemożliwiły mi tą czynność.
Stwierdziłem więc że starczy podlodowych wrażeń wrzuciłem w dziury resztę zanęty i hakówki, pozbierałem sprzęt i wróciłem do domu. Dom pachniał niedzielnym obiadem autorstwa małżonki, po takiej ilości czasu spędzonej na zimnie dwa razy nie trzeba było mnie zachęcać do jego spożycia.
















