Miałem tylko godzinę. To wystarczyło, żeby otworzyć sezon..spinning zaśpiewał.
Nowy rok rozpocząłem hucznie, pełniąc służbę dyżurną. Spowodowało to tyle, że dnia następnego nie odczuwałem skutków szampańskiej zabawy. Bardzo chciałem gdzieś połowić ryby. Niestety nie mogłem opłacić zezwolenia z racji braku znaków w moim kole.
Nie ukrywam, że sam byłem za taki stan rzeczy odpowiedzialny. Działając jako skarbnik, umówiłem się dopiero na 3 stycznia po odbiór pozwoleń i znaków. Musiałem więc pohamować swoje wędkarskie zapędy i grzecznie odczekać jeden dzień bez możliwości łowienia.
Tradycyjnie szereg zdarzeń sprawił jednak, że na pierwsze ryby w 2019 roku czas miałem dopiero 5 stycznia, i to w dodatku bardzo ograniczony. Postanowiłem więc pochodzić za okoniem, którego połów wręcz uwielbiam. Spakowałem nieco odświeżony i uzupełniony zestaw okoniowych przynęt i skierowałem swój pojazd w stronę wody, której poświęcam najwięcej czasu.
Po dwóch minutach podróży oddychałem już wonią mroźnego, wilgotnego powietrza. Świat został lekko przyprószony śniegiem, więc klimat połowu zimowych okoni był wyśmienity. Miałem przed sobą nieco ponad godzinę spinningu. Niektórzy z was powiedzieliby, że to niewiele, ale ja wyznaję zasadę, że lepiej łowić nawet dziesięć minut, niż nie łowić wcale.
Stanąłem więc na brzegu łowiska i oddałem pierwszy rzut sezonu. W momencie kontrolowanego opadu poczułem opór i odruchowo zaciąłem. Po kilku chwilach walki na brzegu zameldował się szczupaczek. Szybkie zdjęcie i maluszek wrócił do wody, ale adrenalina skoczyła całkiem nieźle. Zachęcony, wykonałem kolejne dwa rzuty i ponownie szczupaczek dał się wyholować.
Na duszy zrobiło się całkiem przyjemnie, ale nie po szczupaki zaglądnąłem na łowisko. Z płytkiej części zbiornika przemieściłem się więc w miejsce, gdzie dno wyglądało ciekawiej i obfitowało w rowy powstałe przy wydobyciu gliny. Kilka pierwszych rzutów nie przyniosło efektu, ale po chwili był pierwszy okoń — słabo zacięty i niestety spięty.
Kolejnych kilka rzutów i zacząłem wciągać linkę bez przynęty – obcięcie. Szybkie zawiązanie nowej przynęty i budzik w telefonie przypomniał mi, że czas łowienia dobiegł końca. Z żalem musiałem wrócić do domu, lecz taki jest los rodzica – rodzinę trzeba stawiać na pierwszym miejscu.
Przeczytaj również:
Łowienie okoni na ultralight spinning – majowa wyprawa i intensywne brania.
Otwarcie sezonu sandaczowego Turawa – słaby początek, ale ważna lekcja.





