Otwarcie sezonu sandaczowego Turawa – słaby początek, ale ważna lekcja.
Wielkimi kroNadchodził długo wyczekiwany czas. Czas, w którym noc miesza się z dniem, a dzień z nocą — czas gorączki i czas polowania na mętnookie. Zakłócony tradycyjnie pracą, więc nie mogłem wyruszyć skoro świt. W zasadzie dobrze, że nie było możliwości pojawienia się wcześniej nad wodą, bo gdy przyjechałem na miejsce, zadziwiła mnie liczba łódek, które stały w kolejce do wyciągnięcia z jeziora.
W roku 2021 dyrektor biura okręgu w swoim zarządzeniu przedłużył okres ochronny sandacza na części zbiornika, co wywołało srogie oburzenie wśród co bardziej „mięsnej” braci wędkarskiej. Miejmy nadzieję, że korzystnie wpłynie to na populację sandacza w Turawie.
Nieznacznie więc zmniejszyła się presja wędkarska pierwszego dnia otwarcia sezonu. Dodatkowo mizerne brania i doniesienia znad innych zbiorników przyczyniły się do migracji wędkarzy z Turawy. Udało mi się wydzwonić mojego kompana Jacka, który od świtu usiłował coś złowić, i gdy udało mi się umościć w łódce, ruszyliśmy na „nasze” bankówki.
Pierwsze rzuty nastroiły mnie bardzo optymistycznie, bo skusił się na „kanibala” całkiem zacny sandaczyk. W pierwszych godzinach miałem na rozkładzie trzy sztuki, a do późnych godzin nocnych tylko pojedyncze pstryki, z których nic nie udało się zaciąć.
Mizerny był to początek sezonu w porównaniu do debiutu w roku 2020. Niemniej cieszyłem się z kontaktu z rybami i fantastycznego czasu spędzonego z Jackiem oraz innymi znajomymi.
Przeczytaj również:
Listopadowe okonie na żwirowni – jesienne łowienie spinningowe i trudne warunki.






Pingback:Pierwsze ryby w 2019 roku – krótki spinning za okoniem. - blog wędkarski rybymojezycie.pl