Pojechałem testować sprzęt… a wróciłem z czymś dużo ważniejszym – czasem z córką.
Jak mawiają najstarsi wędkarze, nie samym sandaczem człowiek żyje. A gdzieś między kolejnymi wypadami na te szlachetne ryby narodziła się w mojej głowie koncepcja dystansowego łowienia feederem. Jestem osobą, która szybko swoje koncepcje przekuwa w rzeczywiste czyny, więc nim się obejrzałem, moja kolekcja wędzisk powiększyła się o zestaw dystansowych feederów i odpowiednio dobrane do nich kołowrotki. Sprzęt leżał i czekał na testy, a moje oczy przysłonięte były sandaczami.
Sandaczami, których wody skąpiły niezwykle i spotkania z nimi były dość sporadyczne. W końcu, w dniu moich imienin, i na feedery przyszedł czas. Początkowo planowałem samotną wyprawę, jednak moja córka mocno domagała się wyjazdu na ryby — nie miałem serca jej odmawiać. A powiem wam, że nawet bardzo się ucieszyłem z chęci do łowienia mojej córeczki.
Bardzo chciałem zobaczyć, jak wędziska pracują na rybach, więc za cel wyprawy wybrałem znane mi bardzo dobrze łowisko. Pogoda była wspaniała, a towarzystwo córki cieszyło mnie niezmiernie. Rozłożyliśmy stanowiska — ja łowiłem z kosza, a córka wybrała komfort, jaki daje karpiowy fotel.
Rozmawiając z córeczką, odkrywałem możliwości nowych zestawów feederowych. Zachwycony badałem zasięg i celność — wyniki tych „testów” przekonały mnie, że wytypowane wędziska i kołowrotki były trafione. Zadowolony z precyzji i dystansu nowych zestawów posyłałem raz za razem w punkt kolejne podajniki, które miały wstępnie zanęcić łowisko.
Na pierwsze brania długo czekać nie musiałem i mogłem w pełnej krasie ocenić możliwości nowych wędek i kołowrotków, holując podleszczyki, a nie upragnione karpie. Magdalena za to złowiła w krótkim czasie dwa słusznych rozmiarów karpie — oczywiście domagała się sesji fotograficznej.
Wyprawa przebiegała świetnie, aż nagle Magdalenka, zajęta wysyłaniem zdjęć zdobyczy do dziadków, nie uważała na wędzisko, które zostało porwane przez karpia. Wykonałem w ślad za wędziskiem skok do wody i udało się uratować sprzęt przed stratą, a przy okazji wyholować małego karpia.
Pogoda była tak znakomita, że nie przerywaliśmy wyprawy — szczęśliwie miałem zestaw ubrań na przebranie w samochodzie. Jak każdy wypad na ryby, i ten musiał się skończyć. Po drodze do domu zahaczyliśmy jeszcze o cukiernię.ę by uświetnić tak zacny dzień kupiliśmy małe co nieco…..
Przeczytaj również:
Łowienie na bata z dziećmi – prosty powrót do wędkarstwa i radość z ryb.
Urodziny żony i wypad na ryby – najlepsze decyzje rodzą się spontanicznie.











Pingback:Bieszczady i Solina – rodzinny wyjazd, wędkarska frustracja i wielkie emocje. - blog wędkarski rybymojezycie.pl