W Nie pojechałem nad wodę tylko po ryby. Pojechałem odzyskać ciszę, której od dawna mi brakowało.
psychologii istnieje pojęcie piramidy potrzeb. Na trzecim miejscu specjaliści układający tę piramidę umieszczają potrzebę przynależności. Jest to istotne dla większości społeczeństwa. Ja jednak, z racji pracy z dużą liczbą osób i posiadania licznej jak na obecne warunki rodziny, chętnie pomiędzy trzecim a czwartym poziomem tejże piramidy umieściłbym potrzebę samotności.
Może wydawać się to dziwne, jednak ja bardzo często potrzebuję być sam. Najlepiej jest wtedy, gdy samotnie przebywam na łonie przyrody. Wtedy, gdy nie łowię, mam czas na przemyślenia. Muszę się wam przyznać, że mój umysł stale stara się rozwikłać wiele problemów z różnych dziedzin. Wędkarstwo nie jest moim jedynym zajęciem i stale na mojej drodze pojawiają się sprawy, które muszę pokonywać. Lata dobrego wykształcenia, podczas których byłem zmuszany do analiz i samodzielnego rozwiązywania problemów, nauczyły mnie systematyki i cierpliwości w pokonywaniu przeszkód. Nie miałem jednak okazji od ponad pół roku pobyć sam i w mojej głowie kłębił się milion myśli.
Kombinowałem, jak w tym pracowitym okresie wygospodarować choć jeden dzień na spędzenie czasu na rybach i spokojne przemyślenie naglących spraw. Naprzeciw mnie wyszli moi przełożeni i w uznaniu za rzetelną pracę dostałem trzy dni urlopu nagrodowego. Szczerze powiem, że nawet nagroda finansowa nie ucieszyłaby mnie bardziej. Szczęśliwy natychmiast wykorzystałem otrzymany urlop. Niestety rozkład zajęć w pracy pozwolił go wykorzystać dopiero w środku tygodnia, niemniej skorzystałem skwapliwie z tej możliwości i już dwudziestego czwartego października, zamiast w pracy, skoro świt urzędowałem nad wodą.
Błyskawicznie rozłożyłem wędki i podparte workami PVA zestawy posłałem w łowisko. Nie tyle chodziło mi o samo łowienie ryb, co o komfort psychiczny wynikający z faktu, że zestawy są już w wodzie. Zająłem się porządkowaniem natłoku myśli i sporządzaniem notatek z wyników mojego dumania. Po około dziewięciu godzinach i kilku kawach w mojej głowie nie było już zaległych spraw, a nawet znalazłem kilka chwil na opracowanie taktyki na następny dzień.
Dwudziestego piątego października punktualnie o piątej rano zabierałem się za rozbijanie stanowiska. Chwilę później wybadałem odległość, w jakiej od mojego miejsca stania znajduje się wał na dnie, i zaznaczyłem ją sobie na brzegu. Nie chciało mi się korzystać z tyczek, wolałem krótki spacer po przyległej do łowiska łące. Podparłem moje zestawy niewielkimi workami PVA i posłałem je na spadek wału. W aucie, z racji niskich temperatur, uruchomiłem moje gazowe słoneczko i cieszyłem się ciepłem oraz smakiem świeżo parzonej kawy.
Długo nie czekałem na pierwsze branie. Sygnalizator dał o sobie znać godzinę po zarzuceniu zestawów. Niestety poczułem dwa uderzenia i luz na plecionce. Niezrażony ponownie odmierzyłem odległość i przerzuciłem zestaw. Na kolejne branie przyszło mi czekać do godziny dziesiątej trzydzieści.
W czasie, gdy odwiedził mnie kolega Kazik, odnotowałem ładny odjazd i na małym haku numer osiem udało się doholować karpika w okolicach trzech kilogramów. Ryba w fantastycznej kondycji zmusiła mnie do wysiłku, zanim udało się ją wprowadzić do podbieraka. Po szybkim zdjęciu ponownie przerzuciłem zestaw i pożegnawszy się z Kazikiem, którego obowiązki domowe wzywały, oddałem się ponownie relaksowi.
Relaks przerywany był braniami, które jednak nie kończyły się rybami na brzegu. Zawiązałem więc inne haki i po tej małej zmianie na brzegu chwilę później zagościł kolejny zimny karpik. W okolicach godziny dwunastej nastąpiła chwilowa stagnacja aż do czternastej, gdy na przysłowiowe do widzenia glinianki obdarzyły mnie kolejnymi braniami.
Dodatkowo w tym czasie kolega Grzegorz poinformował mnie, że montaż echosondy jest ukończony i moja łódka czeka na odbiór. Zdzwoniłem się więc z Darkiem, czy nie ma ochoty na wycieczkę do położonego kilkadziesiąt kilometrów dalej miasta. Oczywiście miał, więc podróż i odbiór łódki odbyły się w miłym towarzystwie.
W nocy z dwudziestego piątego na dwudziestego szóstego ciężko było mi zasnąć, bo bardzo chciałem testować moją nową zabawkę na łowisku. Musiałem jednak odwieźć do pracy telefon Darka, który przypadkiem zostawił w aucie. A jak już na urlopie przekroczy się progi pracy, to ciężko się z niej wydostać. Około godziny dziewiątej jechałem więc na łowisko. Oczywiście, jak to zwykle bywa, gdy człowiek się śpieszy, coś musiało pójść nie tak i pod kołami mojego auta życie stracił roczny koziołek. Na szczęście niewielkie szkody w samochodzie nie wymagały wzywania służb, więc chwilę po zdarzeniu, gdy już ochłonąłem, kontynuowałem podróż na łowisko.
Godzinę spędziłem ucząc się nowej echosondy, a bardzo dobra znajomość dna łowiska pozwoliła mi dość szybko ocenić możliwości sprzętu oraz wiarygodność jego wskazań. Wywiozłem więc zestawy i schroniłem się we wnętrzu auta. Na pierwsze efekty nie musiałem długo czekać. Ryby, choć niewielkie, ładnie współpracowały i co chwilę moje sygnalizatory dawały o sobie znać. Zmiana taktyki przynosiła dobre rezultaty, jednak dopadły mnie małe wyrzuty sumienia, że nie spędziłem czasu z rodziną, więc około godziny dwunastej wróciłem do domu, by pobyć z najmłodszym synem sam na sam.
Podsumowując trzy dni nad wodą, mogę powiedzieć, że odniosłem kolejny mały sukces. Uporządkowałem swoje wewnętrzne sprawy, znalazłem optymalne rozwiązania dla męczących mnie problemów, opracowałem taktykę, która przyniosła mi ryby w zimnej jesiennej wodzie, a łowienie w takich warunkach karpi metodą gruntową zawsze było dla mnie piętą achillesową. Oczywiście zaznałem też wspaniałego relaksu i mogłem jeszcze mocniej docenić uroki polskiej złotej jesieni.
Przeczytaj również:
Jesienny karp w zimnej wodzie – 11 kg na feederowy hak i hol, który nie miał prawa się udać.
Dwa weekendy bez karpi… jedna decyzja i wszystko się zmieniło.



















