To nie była zwykła poranna zasiadka. To był taki świt, po którym człowiek wraca do domu lżejszy o cały ciężar tygodnia.
Gładko dobrnąłem do dnia czwartego listopada. Budząc się rano, stwierdziłem, że nie mogę zmarnować tak pięknej soboty, zwłaszcza że poprzednią poświęciłem na rodzinne kiszenie kapusty na zimę. Ucałowałem rozkosznie śpiącą małżonkę i wymknąłem się z domu niczym duch.
Sprawnie spakowałem auto i odrapawszy szyby z pierwszego tej jesieni szronu, udałem się na moje glinianki. Planowałem około pięciu godzin łowienia przed powrotem do domu. Niebo było rozgwieżdżone, a powietrze niezwykle rześkie. Nocne niebo rozjaśniała wspaniała pełnia. Łowisko wyglądało przecudownie w blasku księżyca, skrzącym się na szronie pokrywającym trawę. Tego dnia w powietrzu czułem magię. Coś mi mówiło, że ten zacny czas obdarzy mnie rybami.
Błyskawicznie byłem gotowy do wywózki i już wkrótce fala wywoływana przez moją dzielną łódeczkę marszczyła nieruchomą toń łowiska, w której odbijał się księżyc. Wywiozłem zestawy według wskazań echosondy w głębokie dołki na łowisku i chroniąc się przed chłodem, skryłem się w aucie, gdzie na pełnym regulatorze pracowało moje gazowe ogrzewanie.
Po chwili, gdy ciepło zniwelowało parę osiadłą na szybach, miałem przewspaniały widok na zachodzący księżyc, który krył się za pobliskim wzgórkiem. Wczesny ranek nastroił mnie niezwykle klimatycznie. Gdy księżyc skrył się całkiem, przeniosłem wzrok na wschód, gdzie uwidaczniały się pierwsze poblaski dnia.
Nagle sygnalizator dał znać o sobie i po krótkiej walce na macie miałem niewielkiego karpika, amatora kiszonej kukurydzy.
Kilkadziesiąt minut później dało się już dostrzec słońce majestatycznie wznoszące się ponad horyzont i grające swoimi promieniami spektakl złożony ze światła, cienia oraz wyłaniających się z mroku kolorów wspaniałej jesieni.
Widok ten naprawdę mnie wzruszył. Zamarłem bez ruchu, zapominając o zaparzonej kawie i gapiąc się z rozdziawioną gębą na to cudowne widowisko. Słońce wkrótce wzniosło się ponad drzewa i jego promienie szybko rozprawiły się ze szronem.
W tak pięknych okolicznościach przyrody czułem się znakomicie i zupełnie zapomniałem wytestować moje nowe spinningi. Gdy już miałem się zwijać, dał znać o sobie milczący do tej pory telefon. Odebrałem i zamiast spodziewanego głosu małżonki usłyszałem mojego najmłodszego syna Wojciecha, który jak kataryneczka miarowo mówił: Tata ta, tata ta.
Ta wspaniała niespodzianka przyspieszyła moje pakowanie, bo chciałem pobawić się z moim bąblem, zanim utnie sobie długą drzemkę.
W domu przywitało mnie „tata ta” Wojciecha i żona w znakomitym humorze, która usiłowała przekonać syna do mówienia „mama ma”. Syn na mój widok wyciągnął rączki i, powtarzając jeszcze zacieklej swoje „tata”, uśmiechnął się do mnie tym niemowlęcym, szczerym uśmiechem, szczerząc swoje bielutkie cztery ząbki.
Wyjazd na ryby, przepiękny spektakl przyrody, spotkanie z karpiem i zachowanie domowników tak poprawiły mi nastrój, że przez cały dzień, mimo ciężkich prac, uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Przeczytaj również:
Karp zimą na metodę – lutowa zasiadka, zestaw i skuteczne łowienie, luty 2022.
Pierwszy dzień wiosny nad wodą – zimno, karpie i prawdziwe wędkarskie realia.
Nie miałem czasu na ryby… więc ich potrzebowałem najbardziej.










