Czekałem na ten dzień od tygodni. Kiedy w końcu usiadłem z tyczką nad wodą, płocie weszły tak, jakbym wcale nie miał prawa narzekać.
Listopad minął mi szybko, niczym mrugnięcie okiem. Intensywny czas w pracy sprawił, że dni miałem wypełnione zajęciami od rana do wieczora. Serce chciało nad wodę, ale brutalna rzeczywistość nie pozwalała spędzić choć kilku minut nad łowiskiem. Późna jesień to dla mnie szczególny czas. Czas, w którym z pasją zajmuję się rybami niedocenianymi w dzisiejszym wędkarskim światku. To czas zimnych płoci. Uwielbiam marznąć nad wodą i łowić ryby, o których w ciepłe miesiące mogę tylko marzyć. Późna jesień to moment, gdy gruba płoć żeruje wspaniale, ale też czas, w którym trzeba wykazać się nie lada finezją i wędkarskim kunsztem, by dobrze połowić.
W tym roku odrobinę czasu na zimne płocie znalazłem dopiero pierwszego grudnia. W tym celu w pracy wziąłem dzień wolnego i szczęśliwy od rana pakowałem graty do auta. Dziwnym trafem nawet moja małżonka nie zgłosiła sprzeciwu i bez większych przeszkód biegałem już w wędkarskim kombinezonie, gdy zadzwoniła mama z prośbą, by zawieźć ją do lekarza. Oczywiście nie odmówiłem i jako przykładny syn pomogłem rodzicielce w potrzebie.
Gdy wróciłem i ponownie przywdziałem wędkarski strój, dostałem telefon z tartaku, że zamówione drewno jest gotowe do odbioru, co spowodowało dalsze opóźnienia. Przerażony patrzyłem, jak mój czas na łowienie brutalnie się kurczy.
W końcu, około godziny czternastej, dotarłem na łowisko. Przezornie włączyłem w telefonie tryb samolotowy, rozłożyłem tyczkę i rozpocząłem gruntowanie łowiska. Trzydzieści minut później, po lekkim zanęceniu gliną i pinką z symboliczną ilością zanęty spożywczej, po raz pierwszy wstawiłem zestaw w łowisko.
Z radością wciągnąłem w płuca mroźne powietrze i rozkoszowałem się klimatem późnej jesieni oraz widokiem łąki przyprószonej śniegiem, roziskrzonej pięknym słońcem. Moje płotki nie pozwoliły mi jednak długo siedzieć bezczynnie i szybko przypomniały, po co w ogóle wstawiłem zestaw do wody.
Rozpoczęło się prawdziwe płociowe eldorado. Intensywność brań była tak duża, że musiałem rozpiąć kombinezon, bo ciągła praca tyczką znakomicie mnie rozgrzała. Przez dwie godziny miałem natychmiastowe brania po wstawieniu zestawu. Płocie przeplatały się z żyletkami wzdręg, aż nagle brania ustały.
W głębi duszy czekałem właśnie na ten moment. Wiedziałem, że w łowisko weszły większe ryby i nie pomyliłem się. Już chwilę później guma z topu pięknie wyjechała, a po efektownej walce w podbieraku wylądował ładny karpik z tegorocznych zarybień.
W międzyczasie zachodzące słońce ustąpiło miejsca wschodzącemu w pełni księżycowi, a temperatura znacząco spadła. Moje ręce, mokre od śluzu ryb, bo oczywiście zapomniałem ręcznika, szybko zmarzły do tego stopnia, że operowanie tyczką stało się niemożliwe.
Zakończyłem więc łowienie tego pierwszego grudnia i spakowałem cały majdan do auta. Ryby oczywiście odzyskały wolność, a ja zabrałem z łowiska cały bagaż emocji i wspaniałych doświadczeń.
Pierwsze zimne płocie z tyczką rozochociły mnie do tego stopnia, że sobotę i niedzielę również chciałem przeznaczyć na łowienie. Niestety życie bywa brutalne i weekend spędziłem skulony w pozycji embrionalnej, cierpiąc na straszne bóle brzucha.
Mimo wszystko pierwsze zimne płocie uważam za bardzo udane. Uroki takiego łowienia są warte zmarznięcia i jak już wielokrotnie wspominałem, zachęcam wszystkich do spróbowania takiego wędkowania.
Przeczytaj również:
Łowienie na tyczkę w marcu – ryby i relacja z wyprawy spławikowej.
Jak zacząć sezon wędkarski na tyczkę – pierwsze łowienie w zimnej wodzie










