„I wtedy w nas się zapala wieczny bieszczadzki ogień” – tym krótkim cytatem z utworu SDM „Bieszczadzkie Anioły” wypada rozpocząć ten wpis.
W końcu, w okolicach dwudziestego czerwca, udało się rodzinnie wyjechać na dwa tygodnie w Bieszczady i zrealizować marzenie, które towarzyszyło mi i małżonce od czasów młodości. Studia, praca, założenie rodziny i młody wiek dzieci nie pozwalały wcześniej na taką eskapadę.
Do pokonania mieliśmy ponad 500 kilometrów, a wcześniej – cały proces pakowania. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi domu, poczuliśmy prawdziwy bieszczadzki zew.
Podróż przebiegła sprawnie i dynamicznie – licząc postój w restauracji spod znaku złotych łuków, po sześciu godzinach byliśmy na miejscu. Sama droga obfitowała w fantastyczne krajobrazy, a końcowy odcinek był niezwykle wymagający – kręte, górskie drogi ze stromymi podjazdami i zjazdami stanowiły wyzwanie dla kierowcy. Moją wyobraźnię rozbudzały mijane rzeczki, rzeki oraz zalew Solina.
Za zgodą żony w bagażniku dachowym podróżował mój niemal kompletny zestaw wędkarski – spinningi, feedery i wędka muchowa. Po przyjeździe, zmęczony podróżą, zakup zezwolenia przełożyłem na kolejny dzień. Pomogłem przy rozpakowaniu i zadomowieniu się w pokojach. Oczywiście planowany podział pokoi szybko uległ zmianie – w moim wylądowała córka i średni syn. Wiadomo, z tatą najfajniej – więcej przywilejów, elektroniki i słodyczy.
Po rozpakowaniu udałem się do ośrodkowego baru, by nawodnić się napojem o słomkowej barwie. Siedząc na tarasie, chłonąłem widoki Soliny i klimat Bieszczad. Spędziłem tam nieco ponad godzinę, zachowując „symetrię spożycia”, po czym zrelaksowany wróciłem do rodziny.
Nie będę szczegółowo opisywał wycieczek, które realizowaliśmy z dziećmi – dodam tylko, że były one sporą przeszkodą w realizacji wędkarskich planów. Wyjazd miał być przede wszystkim rodzinny, a wędkowanie jedynie dodatkiem. Pozwalałem sobie więc na krótkie wypady spinningowe o świcie i wieczorami.
I tu zaczęła się frustracja… rekordowych rozmiarów klenie, bolenie, a nawet sandacze lekceważyły moje starania i przynęty. Czarę goryczy przelał sandacz, który podczas brodzenia przepłynął między moimi nogami. Solina żądała frycowego – a ja skrzętnie je płaciłem.
Dawała jednak coś w zamian: klimat, widoki, nadzieję i możliwość obserwowania wielkich ryb w krystalicznej wodzie. Przez pierwszy tydzień miałem jedynie pojedyncze kontakty z drobnicą. Dopiero spadek poziomu wody o około dwa metry otworzył nowe możliwości – miejsca wcześniej niedostępne, strome i skaliste, stały się osiągalne. Brodząc po kolana, odkryłem dziesiątki nowych miejscówek.
Szybko zauważyłem, że duże ryby zbierają z powierzchni drobne organizmy. W ruch poszła wędka muchowa, dotąd schowana na dnie pokrowca. W końcu pojawił się pierwszy sukces – pierwsze klenie na delikatnym zestawie. Niestety, przy wędce w klasie #4 i przyponie 0,10 mm, szanse na skuteczny hol były niewielkie. Mimo to sam moment brania, zacięcia i walki był niezapomniany.
Brodzenie o zachodzie słońca w Solinie, otoczenie gór, cisza i skupienie potrzebne do operowania muchówką – to było jak medytacja, jak modlitwa. Spokój i czerpanie energii z natury. Coś, co chciałbym przeżywać jak najczęściej.
Małżonka szybko zauważyła, jak pozytywnie wpływa na mnie takie wędkowanie i wręcz zachęcała, bym korzystał z tego jak najwięcej. Przełożyło się to także na jakość relacji rodzinnych – do tego stopnia, że dzieci stale pytają, kiedy znów pojedziemy w Bieszczady.
Nie zdradzam im jeszcze niespodzianki – że już wkrótce ponownie zawitamy w ten szlachetny kawałek polskiej ziemi. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pandemia i decyzje rządzących nie pokrzyżują tych planów…
Przeczytaj również:
Majówka 2023 – karpiowanie jako ucieczka od pędu i powrót nad wodę.
Urodziny żony i wypad na ryby – najlepsze decyzje rodzą się spontanicznie.
Imieninowe Wędkowanie z córką – karpie, śmiech i wędka, która wpadła do wody.


























