Rozsądek kazał zostać w domu. Pasja kazała jechać i właśnie dlatego ta noc smakowała podwójnie.
Pracowałem dzielnie przez większość soboty, ręcznie wynosząc w dwudziestolitrowych wiadrach gruz powstały po wcześniej zwalonym stropie w pomieszczeniu gospodarczym, które mam zamiar przekształcić w gospodarczą kuchnię, gdzie bez przeszkód będę mógł oddawać się winiarstwu, piwowarstwu, wędliniarstwu, przetwórstwu płodów ogrodu oraz produkcji przynęt i zanęt. Oczami duszy widząc siebie gospodarującego w tym przyszłym raju, przykładałem się srogo do pracy, by jak najszybciej zrealizować kolejne z moich marzeń.
Niestety, gdy człowiek z biegiem lat odzwyczai się od ciężkiej fizycznej pracy, łatwo o kontuzję. I tak też było ze mną. Pod koniec dnia lekko nadwyrężyłem sobie plecy. Mimo poważnego bólu ani myślałem rezygnować z nocki na rybach, bo z łowiska cały czas docierały do mnie wieści, że amury wpadły w szał żerowania i biorą na całym stawie jak wściekłe.
Po ułożeniu dzieci do snu, około godziny dwudziestej drugiej, pojawiłem się na łowisku. Zamieniłem kilka słów z kolegami i wypiwszy małe złociste, szczęśliwy z faktu, że dzięki ich pomocy zestawy zostały już wywiezione, udałem się na spoczynek do mojej nagrzanej Skody, by dać wytchnienie coraz mocniej bolącym plecom.
Do godziny szóstej wygrzewałem obolałe plecy, aż ze snu wyrwało mnie kilka pików z mojego sygnalizatora. Na raty wygrzebałem się z samochodu, ale nim doszedłem do wędzisk, branie się skończyło. Chwilę później na wędce Bogdana pojawił się odjazd. Wyholował więc amura zapiętego na moim zestawie. Śmiejąc się, zgodziliśmy się, że amur liczy się po połowie.
Mimo deszczu i wściekłego już bólu pleców miałem presję na amura, więc postanowiłem ponownie wywieźć zestawy. Nie chciałem już niepokoić kolegów, dlatego zmieniłem miejsce łowienia w taki sposób, by łódkę RC umieszczać w wodzie na prostych plecach, brodząc przy brzegu. Na szczęście dobre buty pozwalały na taki manewr przy zachowaniu suchych stóp.
Auto zaparkowałem w taki sposób, by po otwarciu drzwi od razu móc podjąć hol ryby. Nie musiałem długo czekać na swojego amura. Po około trzydziestu minutach, gdy planowałem już ponownie zmrużyć oko, nastąpił odjazd. Doholowałem walecznego Azjatę do brzegu i tu pojawił się duży problem z podebraniem ryby. Wysoki brzeg i kontuzja kręgosłupa nie pozwalały mi sięgnąć do ryby. Po chwili namysłu uklęknąłem na mokrej trawie i w końcu wprowadziłem ją do podbieraka.
Szczęście ze złowionej ryby nieco przytłumiło ból pleców. Nie mniej po walce z amurem i tak musiałem swoje odleżeć, ponownie grzejąc bolące miejsce.
Ten krótki wypoczynek pozwolił mi spakować się i dowlec do domu, gdzie po wyrzutach ze strony małżonki mogłem oddać się w jej troskliwe ręce. Gorące kąpiele i nacieranie maściami pozwoliły mi jako tako funkcjonować w poniedziałek w pracy.
Nie mniej cena zdrowia jest ceną, którą nie pierwszy raz zapłaciłem za możliwość łowienia. Pasja bywa silniejsza niż rozsądek. Mimo wszystko nie żałuję tych chwil nad wodą.
Przeczytaj również:
VIII Potyczka Opolskich Teamów Karpiowych -Malina 2 bez ryb, ale z klimatem.
Majówka wędkarska z rodziną – kemping, feeder i łowienie karpia.



