Nie czekałem na odpowiednie warunki… dostosowałem się do nich.
Błyskawicznie, swoim zwyczajem, nadszedł weekend. W głowie od razu zaczęły kiełkować wędkarskie plany na jakiś mały wypadzik. Tradycyjnie w chłodnej porze przeżywałem wewnętrzną rozterkę – którą metodę wędkowania wybrać.
Siedziałem, rozmyślałem, aż zdałem sobie sprawę z tego, że przecież moje koło działa na czynie społecznym w sobotę 22.02.2020. Nie wypadało za bardzo chłopaków zostawiać samych sobie.
Więc w sobotę, punkt ósma, ze spinningiem macałem wodę w poszukiwaniu okoni. Niedługo pocieszyłem się wędkowaniem, gdyż usłyszałem nadjeżdżające pojazdy kolegów zmierzających na czyn. Szybko więc złożyłem wędki, przebrałem się w bardziej zdatne do brudnej pracy ubrania i, złapawszy za szpadel, pobiegłem na miejsce zbiórki, gdzie wśród ciętego męskiego żartu wzrastało morale do pracy.
Frekwencja dopisała, więc gospodarz łowiska mógł podzielić ludzi na zespoły i zrealizować sporo zaległych prac. Sobota upłynęła więc pracowicie – za to na świeżym powietrzu i w znakomitym towarzystwie.
Przesunąłem więc wędkarskie plany na niedzielę 23.02.2020 i z tą myślą czekałem niecierpliwie niedzieli.
Obudził mnie niestety szum ulewnego deszczu, który ani myślał przestać padać. Początkowo zniechęcony, już miałem zrezygnować, ale przekonawszy sam siebie, że nie ma złej pogody na ryby, wyszedłem z domu.
Zabrałem nawilżony pellet i ubranie przeciwdeszczowe. Kilka chwil później badałem z radością, jak wyczyszczonym dzień wcześniej na czynie rowem płynie sobie woda w kierunku naszych stawów. A ostatnimi laty, po pożarach, do których gaszenia używana była woda z glinianek i przy powszechnie panującej suszy hydrologicznej, ludzi mających na uwadze dobro zbiorników cieszy każdy pozyskany litr wody i ich działania skierowane są głównie w tę stronę.
Przez chwilę planowałem zignorować postawione dzień wcześniej tablice o grząskim gruncie i jechać autem nad moje ulubione miejsce, jednak zwiad wykonany na własnych nogach szybko odwiódł mnie od tak szalonego pomysłu. Rozmięknięta glina usilnie chciała wyrwać mi buty ze stóp.
Bezpiecznie zaparkowałem więc na najbardziej suchym fragmencie brzegu, a do miejsca, w którym miałem plan łowić, w linii prostej miałem jakieś 50–60 metrów. Przy klasycznym feederze i mocy moich kijów dystans ten prezentował się raczej słabo. Padło więc na to, że jeden z zestawów zrobię na zyskującą coraz większą popularność methodę, a drugim będę bawił się klasycznym feederem.
Kilka minut później zestawy były w wodzie, a ja, stojąc i osłaniając się nieco klapą bagażnika mojej dzielnej Skody, oczekiwałem na brania. Jak przypuszczałem, w wodzie zaczęła się wiosna na dobre i ryby, będąc bardzo aktywne, nie pozwalały mi się nudzić.
Methoda jednak nie wykazywała oznak zainteresowania mieszkańców zbiornika. Zmieniłem więc przynętę na nieco szybciej pracującą i posłałem w to samo miejsce. Na branie pierwszego karpika czekałem kilka minutek i po bardzo przyjemnej walce na macie w swojej krasie prezentował się cudownie ubarwiony karp w masie oscylującej w okolicy 4 kg.
Szybko obsłużywszy rybę, posłałem ponownie w punkt metodę i zająłem się klasykiem, odławiając raz po raz płoteczki, leszczyki, krąpie i małe kleniki.
Nagle odnotowałem wyprostowanie szczytówki na metodzie – wiedziałem więc wstępnie, z jaką rybą przyjdzie mi się mierzyć. Po słabej walce na macie leżał wycieńczony, kilogramowy leszczyk, amator mojej przynęty.
Ponownie metoda poszła do wody i zająłem się klasycznym feederem. W międzyczasie z lekkim fochem zawitał prezes mojego koła, zły, że nie powiedziałem mu o tym, że jadę na ryby. Udobruchał się szybko, gdy stojąc przy mojej wędce instynktownie zareagował na branie i po miłej walce i on mógł cieszyć się karpiem w odcieniach pomarańczy, szarości i złota. Zdjęć jednak nie chciał sobie robić, więc karp wrócił do wody.
Nabierałem apetytu na większe ryby, jednak tradycyjnie największy wróg wędkarza – telefon – oznajmił głosem małżonki, że obiad na stole, a dzieci czekają na tatę z niecierpliwością.
Pakując się na tempo, pożegnałem się z prezesem i wróciłem do mojej rodziny, by pełnić – już z nieco naładowanymi bateriami – obowiązki ojca i męża.
Przeczytaj również:
Pierwsze ryby w 2021 – zimowy feeder i rodzinny wyjazd nad wodę.
Wędkowanie w marcu – karpie na method feeder mimo zimna i pandemii.










