Świąteczna tyczka – na zamknięcie sezonu

IMAG0518

To nie była tylko ostatnia wyprawa roku. To było spokojne, mocne i naprawdę udane zamknięcie całego sezonu.

 Czas w pracy zwolnił. Wszyscy powoli poczuli ducha świąt i wybierali dni wolne, chcąc spędzić ten czas z rodziną. Zaledwie niewielka garstka nieszczęśników uwijała się jak w ukropie, by z końcem roku zrealizować wszystkie przedsięwzięcia zlecone przez przełożonych. Miałem to „szczęście”, że i ja należałem do tej grupy. O dniach wolnych nie mogło być mowy, więc zagryzając zęby, patrzyłem na całkiem przyjemną aurę i marzyłem o łowieniu zimnych płoci.

W moich akumulatorach było coraz mniej energii, a ja musiałem je podładować. Okazja nadarzyła się dopiero dwudziestego szóstego grudnia. Pojawiłem się około godziny dwunastej nad wodą, niespiesznie rozłożyłem tyczkę i wygruntowałem łowisko. Rozrobiłem nieco większą ilość zanęty i posłałem jej dwie trzecie w łowisko. Odczekałem chwilę i rozsiadłem się wygodnie na moim stołku. Spojrzałem na świat, który mnie otaczał, i całym sobą chłonąłem wszystko to, co przyroda miała tego dnia do zaoferowania.

Po około dwudziestu minutach przypomniałem sobie, w jakim celu pojawiłem się na łowisku, i po raz pierwszy wyjechałem zestawem w łowisko. Wspaniałe słońce, mimo że nisko zawieszone, ubarwiło złocistymi promieniami szary zimowy świat, a tafla wody, nieporuszana nawet najlżejszym podmuchem wiatru, odbijała niczym lustro pokryte nielicznymi chmurami niebo i nadbrzeżną roślinność. W samym środku tego widoku sterczała antenka mojego spławika, która po kilku sekundach majestatycznie się przytopiła.

Od pierwszej płoci rozpoczęło się to małe świąteczne wędkowanie. Ryby mnie nie zawiodły, biorąc niemal natychmiast po wstawieniu zestawu w łowisko. Ja, łowiąc płoteczki i wzdręgi, czekałem na mały zarybieniowy bonus, który prędzej czy później powinien pojawić się na haku. Przewidywania mnie nie zawiodły, bo wkrótce spławik zaczął majestatycznie przemieszczać się w łowisku, a ja po zacięciu poczułem na tyczce miły opór. Guma mojego topu błysnęła ostrym pomarańczem, wyciągając się na kilka metrów. Miła dla mnie walka zakończyła się sukcesem i w podbieraku pojawił się przyjemny karpiczek zarybieniowy.

Podziękowałem karpikowi za walkę i delikatnie wypuściłem go do łowiska, bo nie miałem serca przetrzymywać go w siatce. Jeszcze by stresował płocie i wzdręgi.

Donęciłem pozostałą zanętą i wymieniłem przypon. Po chwili wróciły regularne brania płoci i miło spędzając czas, łowiłem jedną rybę za drugą. Aż tę sielankę przerwał telefon od brata z informacją, że wpada do domu na małe co nieco. Z niewielkim żalem po raz ostatni wyjechałem zestawem i dostałem kolejny bonus w postaci niewielkiego karpiczka. Szczęśliwy z miłej walki przystąpiłem do zwijania stanowiska.

W międzyczasie pojawił się kolega Piotr, dzięki którego uprzejmości udało się nagrać moment wypuszczania wyników świątecznego wędkowania.

Była to ostatnia, ale bardzo owocna wyprawa wędkarska sezonu 2017. Kilka godzin spędzonych nad wodą dało mi wiele wspaniałych wrażeń i cudownych emocji. Kontakt z rybą i przyrodą pozwolił doładować akumulatory i odpocząć od świątecznego rozgardiaszu oraz większej niż zwykle liczby osób w domu.

Przeczytaj rówież:

Nie zdążyłem dobrze wrócić z urlopu, a już testowałem nowy kombajn nad wodą

Poranek nad wodą i tyczka – kwietniowe łowienie, które daje więcej niż wynik.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Paweł Sąsiadek

Paweł Sąsiadek – wędkarz i autor bloga „Ryby Moje Życie”, gdzie dzielę się praktyczną wiedzą prosto znad wody. Łowię różnymi metodami, ale szczególne miejsce w moim wędkarskim świecie zajmują karpie i łowienie na ziarna, które sam przygotowuję i testuję w praktyce. To blog tworzony na doświadczeniu, nie teorii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *