Nowa przyczepa, dzieci i wędki. Reszta zrobiła się sama.
Moje życie upływało wręcz błyskawicznie. Ogrom zadań służbowych i działań społecznych podejmowanych na rzecz moich glinianek nie pozwalał mi usiąść z wędką aż do 31 marca. Miałem co prawda w tym czasie drobne epizody wędkarskie, lecz trudno pisać na blogu o godzinnej sesji, podczas której nic się nie wydarzyło.
Trzydziesty pierwszy marca był jednak dniem innym niż wszystkie. W końcu, jako rodzina, zaczęliśmy korzystać z dobrodziejstw, jakie daje nam nowo zakupiona przyczepa kempingowa, i całą watahą udaliśmy się na pierwsze rodzinne karpiowanie. Co prawda trwało ono około pięciu godzin, ale jednak się odbyło.
Dzieci, niezwykle poruszone, pałały entuzjazmem, a ja w szybkim tempie rozstawiałem przyczepę kempingową i zarzucałem wędki do wody. Dzieciaki biegały po łowisku, aż w końcu odkryły świetną zabawę, jaką było wrzucanie kulek proteinowych do wody przy użyciu różnych narzędzi. Najstarszej córce do gustu przypadła kobra i po dobrej godzinie wprawiła się w rzucaniu do tego stopnia, że wykonywała rzuty na około 40 metrów. Przy długości i wadze mojej kobry można to uznać za wynik bardzo zadowalający jak na ośmiolatkę.
Wyprawa nie mogła się oczywiście odbyć bez wędkarskiej malinowej herbaty, gier, zabaw i wygłupów. Małżonce taka forma rekreacji bardzo się spodobała, do tego stopnia, że również zapragnęła łowić ryby. W najbliższych dniach załatwiłem więc dla niej pozwolenie, by także mogła razem ze mną oddawać się tej pasji.
Nie złowiliśmy co prawda żadnej ryby tego dnia, ale wspaniała pogoda, radość dzieci oraz satysfakcja z wypróbowania nowego nabytku z nawiązką wynagrodziły wysiłek, jaki trzeba było włożyć w opiekę nad trójką bardzo żywiołowych dzieci. Po powrocie późnym popołudniem dzieciaki jeszcze długo cieszyły się z tych kilku chwil spędzonych nad wodą.
Przeczytaj również:
Rodzinne wędkowanie w kwietniu – więcej niż ryby, więcej niż hobby.
Majówka wędkarska z rodziną – kemping, feeder i łowienie karpia.















