Jesienna woda nie daje nic za darmo, ale kiedy w końcu oddaje rybę, człowiek pamięta taki moment bardzo długo.
Październik wszedł już prawie w drugą dekadę, a mnie tęskniło się za łowieniem karpi. Miałem co prawda mały wyjazd na karpia w nocy z soboty na niedzielę, jednak bez większych efektów. Bardzo chciałem poprawić swoje łowienie w jesiennej, stopniowo ochładzającej się wodzie, które, będąc szczerym, mocno u mnie kuleje.
Wracając z pracy, zadałem sobie pytanie: jak chcesz to osiągnąć, skoro nie łowisz w takiej wodzie regularnie, nie masz możliwości badania właściwości korekt ani stałego śledzenia miejsc żerowania ryb? Dodając do tego wszystkiego specyfikę i duże zróżnicowanie dna wyrobiska, na którym staram się poławiać karpie, w mojej głowie pojawiał się niezły bałagan.
Nie mniej moją zasadą jest przekuwanie pragnień w czyny, więc po pracy, dziewiętnastego października, o godzinie szesnastej stawiłem się nad brzegiem mojego łowiska.
Model RC trafił do serwisu w celu zainstalowania echosondy, więc siłą rzeczy byłem skazany na rzut. Dziwnym trafem po sezonie z modelem fajnie było wrócić do łowienia typowo rzutowego. A że jesienią nie trzeba wiele, podczepiłem mały worek PVA z kuleczkami i posłałem zestaw w miejsce docelowe. Postawiłem go na dole spadku głębokości, na około 1,8 metra, i dodatkowo posłałem kilkanaście kuleczek w ślad za zestawem, głównie dla treningu posługiwania się kobrą. Drugi zestaw posłałem na nieco płytszą wodę, około 1,5 metra, i analogicznie dorzuciłem jeszcze parę kuleczek kobrą.
Pora obiadowa zbliżała się wielkimi krokami, więc wykorzystałem nowo przygotowane przez kolegę Bogdana miejsce na ognisko i podpiekłem dwa pęta zacnej, wykonanej przez siebie wędliny. Podjadłem sobie i do pełni szczęścia brakowało mi już tylko kubełka czarnej, aromatycznej kawy. Niestety, mimo zabrania zestawu potrzebnego do operacji parzenia kawusi, w puszce przeznaczonej na tę używkę zastałem dno. Musiałem więc zadowolić się naparem z herbaty.
Siorbiąc ten napar, oczekiwałem brania i spoglądałem na słońce kryjące się za horyzontem oraz na mgłę ścielącą się po pobliskich łąkach. Niestety to malownicze zjawisko, mimo swojego piękna, przyniosło również wilgoć i chłód.
Zegar powoli wskazywał godzinę osiemnastą i właśnie wtedy nastąpił atomowy odjazd. Wędka prawie wyskoczyła ze stojaka. Łowiłem na półsztywno z racji bliskości zaczepów. Na szczęście ryba postanowiła odejść w stronę przeciwną niż przeszkody i mogłem rozpocząć spokojny hol.
Ryba pokazała znakomitą kondycję i walczyła zaciekle. Po chwili ukazał się moim oczom mój ozłocony pięknymi łuskami znajomy, złowiony już kilka razy w tym roku. Po umieszczeniu go na macie stwierdziłem, że całkiem ładnie przyrósł, a siła i wściekłość, jaką wykazał, świadczyły o jego nienagannej kondycji.
Opatrzyłem więc nieco krwawiący pysk rybki i dając jej buziaka na do widzenia, szepnąłem do karpia, że zobaczymy się za jakiś czas. Ten chlapnął płetwą na pożegnanie i odpłynął majestatycznie, po drodze błyskając fantastycznie na złoto ubarwionymi łuskami.
Byłem szczęśliwy z faktu złowienia mojego dobrego znajomego, którego złote łuski wspaniale komponowały się z barwami liści unoszących się na wodzie i z kolorami drzew, które przybrały już jesienną szatę.
Po tej rybie postanowiłem zakończyć wędkowanie i wrócić do domu, by w tym już i tak dobrym dniu pobyć jeszcze trochę z żoną i dziećmi.ć trochę z żoną i dziećmi.
Przeczytaj również:
Jak łowić karpie w sierpniu – Przeprosiny z method feederem.
Miała być spokojna noc… a skończyło się na maratonie brań karpi.





