Nie pojechałem na wielką zasiadkę. I tak wróciłem z dwoma amurami.

IMAG0179

Czasem nie trzeba długiej zasiadki, żeby wydarzyło się coś konkretnego.

Schyłek urlopu postanowiłem wykorzystać stricte wędkarsko. Niestety postanowienia to jedno, a rzeczywistość to drugie i nie bardzo mogłem pozwolić sobie na przesiedzenie kilku dni nad wodą, choć miałem na to ogromną ochotę. Chciałem odseparować się od całego życia, zapaść w dzicz i integrować się z naturą.

Moja małżonka była gotowa przystać na taki wypad. Można powiedzieć, że po cichutku pakowałem już kemping i miałem upatrzony ustronny zbiornik, na którym tylko nieliczni potrafią wędkować, a jeszcze mniej osób w ogóle zdaje sobie sprawę z jego lokalizacji. Właśnie dlatego nie wspominam o nim na łamach mojego bloga.

Niestety pierwsze dni w szkole i przedszkolu zaowocowały infekcjami i moje dzieci przywlekły wyjątkowo złośliwego wirusa grypy jelitowej. O porzuceniu mojej drugiej połowy na kilka dni nie mogło być więc mowy. Mimo to w środę, piątego września, postanowiłem wybrać się w poszukiwaniu karpiowatych, choćby tylko na parę godzin.

W międzyczasie zdążyłem wypożyczyć mój model RC, więc nadszedł czas, by wypróbować nowy nabytek w postaci boxa dachowego, który kupiłem z myślą o transporcie długich wędzisk rzutowych. Stojąc na brzegu zbiornika i czując ciężar spoda 7 lbs, wspominałem wrzesień 2017 roku, gdy po raz ostatni z niego korzystałem. Nęcenie spodem jest jednak jak jazda na rowerze. Kto przerzucił w życiu parędziesiąt kilo zanęty, ten wie, o czym mówię.

Kilkadziesiąt minut później, ociekając potem, miałem w łowisku na sześćdziesiątym metrze około piętnastu litrów ziaren. Postawiłem tam swoje zestawy i sięgając po butelkę schłodzonej wody, zasiadłem na fotelu mojej dzielnej skody. Złapałem normalną temperaturę i kilka minut później miałem atomowy odjazd, który zakończył się amurem na macie.

Szczęśliwy ze zdobyczy ponownie przerzuciłem zestawy i oddałem się kontemplacji, czując, jak powoli w mięśnie wchodzi zakwas po operowaniu spodem. Rozruszałem je jednak szybko ponownie, bo znów dał o sobie znać sygnalizator. Tym razem klasycznym opadem. Po krótkiej, zaciętej walce na macie ponownie wylądował amurek.

Podwójnie szczęśliwy, ale tradycyjnie tresowany przez telefon, musiałem wracać do domu. W międzyczasie zdążyłem jeszcze zdenerwować mojego prezesa, wysyłając mu na Messengerze zdjęcia ryb i udowadniając, że model RC nie upośledził do końca moich wędkarskich możliwości.

Przeczytaj rónież:

Powrót na ryby po lockdownie – test nowych wędzisk i piękne karpie w kwietniu.

Karp w mrozie – zimowa zasiadka, dublet i jeden z najpiękniejszych karpi łowiska.

Jesienny karp w zimnej wodzie – 11 kg na feederowy hak i hol, który nie miał prawa się udać.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Paweł Sąsiadek

Paweł Sąsiadek – wędkarz i autor bloga „Ryby Moje Życie”, gdzie dzielę się praktyczną wiedzą prosto znad wody. Łowię różnymi metodami, ale szczególne miejsce w moim wędkarskim świecie zajmują karpie i łowienie na ziarna, które sam przygotowuję i testuję w praktyce. To blog tworzony na doświadczeniu, nie teorii.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *