Nie każda wygrana kończy się pełnym podbierakiem. Czasem wystarczy świt, dwa amury i lekcja, którą zapamiętasz na długo.
Kwiecień wchodził właśnie w swoją trzecią dekadę. Z niecierpliwością kręciłem się w łóżku, nasłuchując pierwszych oznak budzącego się dnia, czyli wiosennych ptasich treli. Wreszcie przez uchylone okno do moich uszu dotarła melodia, na którą czekałem, śniąc niespokojnie o wędkarskich przygodach.
Zerwałem się dziarsko z łóżka i ochota na sen błyskawicznie mnie opuściła. W kuchni usłyszałem syk ekspresu i w duchu błogosławiąc wynalazcy tego urządzenia, wiedziałem, że za moment mój organizm zostanie pobudzony solidną dawką kofeiny. Cicho i bezszelestnie wskoczyłem w rybne dresy i niczym duch, popijając gorącą i piekielnie mocną kawę, teleportowałem się do samochodu.
Noc była jeszcze w swoim najczarniejszym punkcie, ale wiedziałem, że tuż za horyzontem pojawi się pierwsze nieśmiałe świtanie. Brnąłem moim dzielnym pojazdem przez tumany porannych mgieł, które wkrótce miały pokryć rosą cały świat. W końcu, po nieznośnie ciągnących się minutach, stanąłem na brzegu mojej glinianki, owianej tajemniczym oparem i ukazującej swoje wody tylko miejscami, nieśmiało, niczym kobieta przyodziana w woal.
Serce podpowiadało mi, że te krótkie kilka godzin, które miałem spędzić na rybach, będą owocne i dadzą mi dużo satysfakcji.
W kilka chwil później zająłem wybudowane przez siebie stanowisko, a moja łódeczka swoją bielą pobłyskiwała przez mgliste opary spowijające wodę. Zestawy zostały wywiezione, ja dopijałem mój prawie litrowy kubeł kawy i wreszcie stało się to, na co w sercu tak bardzo czekałem. Wstawało słońce. Wyłaniając się nieśmiało, przebłyskiwało czerwono-pomarańczowymi promieniami przez świeże, poranne liście drzew, przy okazji barwiąc wspaniałe białe kwiecie, którym okryte były wiosenne drzewa.
Cóż za spektakl, cóż za widowisko i cóż za słuchowisko zafundowała mi matka natura. Wdzięczny i pozytywnie nastrojony popadłem w rozmyślania nad tym, czego ludzie dobrowolnie się zrzekają, tonąc w elektronicznym świecie i goniąc za bogactwem. Myśli moje zaczęły pełzać w stronę dobrze marnowanego czasu, aż nagle w dźwięki poranka wdarł się jeszcze jeden, ostry i elektroniczny, ale jakże długo wyczekiwany dźwięk sygnalizatora.
Nawiązałem kontakt z rybą i po kilku kopnięciach poczułem ten zdradliwy luz na wędce. Nic to, pomyślałem, i nim zdążyłem odłożyć kij, już holowałem, jak się później okazało, ładnego amurka. Kto miał na wędce amura, ten wie, jak wspaniale walczy na krótkiej żyłce, i ta sztuka mnie nie zawiodła, po chwili dając się podebrać. Nie wyciągając ryby z wody, wypiąłem ją z zestawu i zwróciłem jej wolność.
Po ponownym wywiezieniu zestawów znowu zapadłem w zachwyt nad naturą i gdy przez lornetkę podglądałem pływające kaczki, do moich uszu dobiegł podwójny dźwięk sygnalizatorów. Zakręciwszy szpule i wierząc w solidność moich podpórek, na zmianę holowałem średniej wielkości amury. Nabrałem nadziei na dublet i gładko wprowadziłem pierwszą sztukę do podbieraka. Gdy ponownie nawiązałem walkę z drugim azjatą, ten zaskoczył mnie swoją taktyką, bo poszedł jak rakieta na płytką wodę, gdzie wyskakując ponad taflę, wypiął mi się.
Mimo wszystko zadowolony z przebiegu wydarzeń, z pierwszą rybą zrobiłem pamiątkowe zdjęcie i pełen wrażeń, po uwolnieniu azjaty, musiałem chwilę odpocząć przed kolejnymi wywózkami. Spojrzałem na zegarek i przede mną była jeszcze ponad godzina łowienia. Wywiozłem więc zestawy ponownie, uprzednio wymieniwszy już nieco sfatygowane przypony. W ciągu kolejnej godziny zaliczyłem jednak aż cztery spinki, co doprowadziło mnie do lekkiej frustracji.
Pokonany przez własne przypony pakowałem szybko sprzęt, ale mimo czterokrotnej porażki dobry nastrój nie opuszczał mnie ani na chwilę. Dzięki wspaniałej naturze, walecznym rybom oraz tej cennej lekcji pokory wracałem do domu z uśmiechem tak wielkim, że ograniczały go jedynie moje uszy.
Pięknych i cudownych kilka godzin naładowało mnie pozytywnie do dalszych połowów i dało dobrą energię na najbliższe dni.
Przeczytaj również:
Nie miałem czasu na ryby… więc ich potrzebowałem najbardziej
Wiosenny relaks na rybach – kilka godzin, które dały spokój.










