Niedziela 13 lutego rozpoczęła się leniwie, niespiesznie wstałem i zrobiłem śniadanko dla całej familii. Przy przygotowaniu śniadania dzielnie pomagali mi synowie, dzielnie nakrywali stół i mieszali pod moim okiem jajecznicę. Zapach jedzenia wyciągnął z łóżka moją kochaną małżonkę, szelmowski błysk w jej oczach i uśmiech pozwolił mi się domyśleć że małżonka domyśliła się jakie oświadczenie padnie z moich ust. Jak się możecie domyśleć oświadczyłem że jadę na ryby.
Małżonka przekupiona śniadaniem i rozbawiona, stwierdziła że się wściekłem bo na zawodach nic nie złowiłem i teraz zapewne jadę na Śródlesie by się odkuć. Skąd ona się domyśliła nie wiem, nie miej taki właśnie miałem plan i rozpocząłem jego realizację. Pojawiłem się nad śródlesiem z twardym postanowieniem złowienia leszcza. Zabrałem termos z kawą i drugi z herbatą, przynęty i przekrój wędzisk folderowych. Wspaniała pogoda, bezchmurne niebo i lekutki wiaterek niósł nadzieję że ryby się ruszą. Zauważyłem że całkiem spora grupa wędkarzy miała podobny plan na niedziele i zajęła sporą część łowiska. Cienka tafla lodu w miejscu gdzie zamierzałem szukać leszczy zmusiła mnie do zmiany planów zająłem więc cypel. Rozłożyłem się ze sprzętem i zanęciłem dwie linie łowienia. Po posłaniu wędzisk w łowisko napawałem się widokami które śródlesie mi oferowało. Pooglądałem sobie widoczki osuszyłem dwa termosy gorących napojów i w okolicach popołudniowych wróciłem do domu o kiju. Śródlesie postanowiło po raz kolejny nie dzielić się rybami ze mną. Moją minę po powrocie do domu małżonka rozszyfrowała od razu. Nie komentowała wyników wyprawy, tylko podała obiadek i gładko skierowała mój tor myślowy w inną stronę szczebiocząc radośnie przy obiedzie.





