Ryby będą zawsze.…Ale moment, w którym ktoś na Ciebie czeka… nie wróci.
W piątek, dwudziestego marca, zdawałem służbę ochrony przejść granicznych naszej ojczyzny. Jak to zwykle bywa przy mojej wrodzonej rozmowności, ciężko było wyjść z pracy, więc dopiero gdzieś w okolicach godziny 12:00 postanowiłem, wracając do domu, zajrzeć na moje łowisko i sprawdzić, co wydarzyło się podczas mojej dwudziestoczterogodzinnej nieobecności.
Pogoda była cudowna – wiosenna temperatura przekraczająca dwadzieścia stopni pozwalała paradować w samym podkoszulku. Z przyjemnością wysiadłem z samochodu, by chwilę pospacerować i nacieszyć się ciepłymi promieniami słońca. Już pierwszy rzut oka pozwolił mi rozpoznać samochód prezesa i kolegi Jacka – wiedziałem więc, że na łowisku nie jestem sam.
Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, błyskawicznie pojawiła się kawa i rozmowy o wędkarstwie. Była to miła odmiana od pandemicznej rzeczywistości i sprawiła, że nabrałem ochoty, by choć na chwilę zarzucić wędki. Na szczęście, po poniedziałkowym i wtorkowym łowieniu, zostawiłem zestawy na kijach – wbrew swoim zwyczajom, ale tym razem okazało się to strzałem w dziesiątkę.
W dosłownie kilka minut – częstując się bez pytania zanętą prezesa – miałem zestawy w wodzie. Szybko zaowocowało to ładnym karpikiem na macie, wyciągniętym niemal „z rozpaczy” spod pobliskiego krzaczka. W międzyczasie prezesa nękały leszczyki, a Jacek złowił – prawdopodobnie jako pierwszy – jesiotra z jesiennej puli zarybień.
Z żalem zwijałem kije, dopijając ostatnie łyki kawy. Dzień był tak piękny, że miałem ogromną ochotę zostać nad wodą znacznie dłużej. Jednak zmęczenie – blisko 36 godzin bez snu – dawało się we znaki, a świadomość, że w domu czeka rodzina, nie pozwoliła mi z czystym sumieniem oddać się wędkowaniu. o sobie a i familia oczekująca w domu powrotu taty nie pozwoliła by mi z czystym sumieniem pozostać na rybach i oddać się hobby.
