Dałem temu łowisku mnóstwo pracy, a ono w końcu oddało mi to w najprostszy możliwy sposób, pięknym dniem i dobrymi rybami.
Na świecie od kilku tygodni gościła już wiosna. Wspaniałe słoneczko swoimi ciepłymi promieniami wybudziło przyrodę z zimowej hibernacji. Szaro bure drzewa okryły się bogactwem pąków i młodych listków, a kwitnące gatunki przybrały kwiecistą szatę. Świat nabierał soczystości młodej, pełnej soków wiosennej trawy i eksplodował na nowo życiem. Wszędzie zagościła wiosna, tylko nie w mojej duszy. Tam wciąż trwała zimowa stagnacja. O dziwo nie była ona spowodowana obowiązkami czy brakiem czasu, ale pracami społecznymi na rzecz łowiska, którym poświęcałem wszystkie wolne chwile.
Nie zaprzeczę, że podczas tych prac miałem symbolicznie wędki w wodzie, ale ten, kto chce pracować, a nie skupia się na łowieniu, odnosi w tej materii raczej nikłe sukcesy. W sobotę siódmego kwietnia czara goryczy u mnie się przelała i wykonując szesnaście wykopów pod planowane nasadzenia lip, stwierdziłem, że na jakiś czas należy odłożyć prace społeczne i wreszcie oddać się pasji z całym zaangażowaniem, jakiego skuteczne łowienie wymaga od wędkarza.
Działaczowi wypada bywać na wydarzeniach, zwłaszcza gdy dotyczą jego wody. Tak więc dwunastego kwietnia i ja stawiłem się na łowisku, by wziąć udział w sadzeniu lip na stulecie odzyskania niepodległości. Wraz ze starostą, wójtem gminy oraz delegacjami z okolicznych kół i szkół dane było nam obsadzić pieczołowicie przygotowane przeze mnie dołki zacnymi drzewkami, jakimi są lipy. Wypada złożyć na ręce starosty i wójta podziękowania za piękny gest skierowany nie tylko do wędkarzy, ale i do mieszkańców, którzy coraz chętniej spacerują i korzystają z uroków natury na Dąbrowskich Gliniankach.
Po sadzeniu lip, ponieważ miałem wolny dzień, a do planowych popołudniowych zajęć pozostawało mi jeszcze około pięciu godzin, postanowiłem w końcu połowić. Bez pośpiechu przebrałem się w bardziej komfortowe ubranie i przystąpiłem do rytuału przygotowania zanęty, rozkładania stanowiska oraz gruntowania łowiska. Przecudowne słońce, pieszczące mnie swoimi promieniami, wprawiło mnie w stan spokoju i opanowania. Wszystkie moje ruchy stały się niespieszne i lekko ospałe, ale w końcu i mnie udzieliło się tchnienie wiosny i nie chciałem tego stanu ducha zmieniać.
Po około godzinie, z lekką nutą niepewności, wstawiłem zestaw w łowisko i mogłem z zadowoleniem obserwować spławik błyskawicznie znikający pod wodą. Po przyjemnej walce w podbieraku wylądował kleń, następnie kilka boleni i w końcu regularnie zacząłem poławiać dorodne płocie. W bardzo zadowalającym tempie miałem świetne brania i naprawdę ładne ryby.
Po jakiejś godzinie brania nieco osłabły, a ja zadałem sobie trud donęcenia z kubka i wykonując kilkanaście wyjazdów w łowisko, przywróciłem tempo brań. Łowiłem sobie, chłonąc piękno tego dnia, aż ciszę na łowisku zakłócił samochód, z którego wysiadła para młodych ludzi. Zajęli miejsce naprzeciwko mnie. Chłopak zajął się łowieniem ryb, a młoda dziewczyna zażywaniem kąpieli słonecznej. Przyznam, że widok młodego ciała prężącego się ku promieniom słońca ładnie skomponował się z całą tą wiosenną atmosferą.
Połowiłem do godziny piętnastej i musiałem szybko pakować cały wędkarski majdan, bo czekały na mnie nowe wyzwania i zadania. Czułem ukłucie żalu, bo opuszczałem zanęcone i nadal pełne chętnie biorących ryb łowisko. Gdy jednak wyciągnąłem siatkę z wody, jej waga i trzepot ryb dały pełny obraz tego, jak udany wędkarsko był to dzień, a w zasadzie około cztery godziny, licząc razem z przygotowaniem do łowienia i pakowaniem się.
Tradycyjnie, mimo że miałem ochotę na płoć z głębokiego oleju, nie miałem serca uszczknąć niczego z ryb pełnych mleczu i ikry, szorstkich już w przedtarłowym czasie. Zwróciłem wodzie te piękne stworzenia i pełen wspaniałego wiosennego ciepła, z duszą nasyconą wiosennymi widokami, wróciłem do domu, gdzie czekały na mnie kolejne rzeczy do wykonania.
Dzieci tradycyjnie przytuliły się do swojego taty, a żona, wyczuwszy mój nastrój, przepchnęła przez mężową cenzurę kilka swoich pomysłów dotyczących remontów. Miałem taki humor, że i tak bym jej nie odmówił. Mimo ustąpienia w kilku kwestiach dzień dwunastego kwietnia 2018 roku uważam za bardzo udany.
Przeczytaj również:
Ostatnia grudniowa tyczka 2020.
Wyłowiłem się do bólu – leszczowe eldorado tyczka na Śródlesiu 2.





