Trzy nowe wędziska Fox EOS 10’ 3 lbs, krótka zasiadka i w końcu okazja, żeby sprawdzić je w boju. Karp był, hol był, emocje były… tylko na macie zabrakło ryby.
Początek czerwca spędzałem na wyjeździe służbowym. Przyznam Wam się, że pomimo natłoku zadań zajmujących większą część doby, dłużył mi się on wyjątkowo. Przyczyną takich odczuć było zakupienie trzech nowych wędzisk wraz z pokrowcami.
Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem zakupu 10-stopowych kijaszków pod wywózkę i w bardzo atrakcyjnej cenie udało mi się zakupić Fox EOS 10’ 3 lbs. Nie lubię nabywać sprzętu z drugiej ręki, gdy nie mogę go osobiście sprawdzić, jednak człowiek, od którego wielokrotnie nabywałem sprzęt, cieszy się moim zaufaniem, więc nabyłem w ciemno wędki.
Córeczka w tajemnicy odebrała, obejrzała i wysłała dokumentację fotograficzną, a ja musiałem wytrzymać dwa tygodnie, by pomacać nowy sprzęt.
W niedzielę 21 czerwca po południu nadarzyła się okazja, by kije sprawdzić w boju i odbyć z nimi pierwszą wyprawę.
Czasu miałem niezwykle mało, ale bardzo chciałem chociaż rzucić kilka razy nimi i poczuć ich pracę na rybie. Sesję fotograficzną wędzisk zrobiłem, oddałem kilka próbnych rzutów i wywiozłem w docelowe miejsce zestawy, obficie zasypując kiszonymi ziarnami.
Zasiadłem w fotelu i długo na pierwszy pisk sygnalizatora czekać nie musiałem. Wiele lat doświadczeń po piknięciu pozwoliło rozpoznać gatunek ryby, która skusiła się na pięć ziaren kukurydzy na włosie.
Tak, to była ulubiona ryba karpiarzy, czyli śluzak, w niektórych kręgach zwany leszczem lub, w tym wymiarze, podleszczem.
Niezrażony przewiozłem zestaw i chwilę później podobny pik zaanonsował kolejnego śluzaczka. Uparcie powtarzałem wywózki i hole leszczy kilkukrotnie i już trochę zrażony do miejsca, wywiozłem po raz ostatni.
Wyciągnąłem z lodówki dobrze schłodzoną zerówkę i oddałem się degustacji. Nagle ciszę łowiska przerwał terkot szpulki kołowrotka drugiego wędziska.
Miarowe, spokojne tempo zwiastowało jakąś fajną rybę. Uniosłem wędzisko i poczułem przyjemne ugięcie w momencie, gdy żyłka straciła już swoją rozciągliwość.
Ryba, pewna swojej mocy, nie dawała się zatrzymać, parła do przodu niczym lokomotywa.
Wędzisko wspaniale pracowało, a ja, wprowadzając rybę na coraz mniejsze kręgi, powoli skracałem dystans. Ryba była coraz bardziej opanowana i dawała się ładnie holować.
Jednak ja, chcąc dobrze poznać nowe wędziska, dawałem jej się wyhasać, w sumie trochę niepotrzebnie wydłużając hol.
Po kilku minutach pod nogami przewaliło się majestatyczne cielsko karpia, w którego wstąpiły nowe siły i na hamulcu zaczął ponownie odchodzić na środek łowiska.
Przyznam się Wam, że bardzo mi to pasowało, bo praca wędziska była bardzo przyjemna. Na nowo zacząłem skracać dystans, by w końcu naprowadzić rybę do podbieraka.
Gdy ryba tylko poczuła podbierak, szarpnęła się w przeciwnym kierunku, a ja, z racji kontuzji łokcia, nie zdążyłem zareagować podbierakiem.
Poczułem nieprzyjemny luz na wędce.
Skwitowałem sytuację polską kurą, jednak nie czułem mocnego zawodu.
Zrealizowałem cel, sprawdziłem wędziska, tyle że ryby na macie nie położyłem.
Dochodziła godzina 19, a ja na 20 byłem umówiony. Spakowałem więc wędziska i na tempo wracałem do domu, bez żalu, bo czekało mnie spotkanie z motocyklistami naszej grupy i miła, dwugodzinna przejażdżka ulubionym środkiem transportu.
Zobacz również:
Powrót na ryby po lockdownie – test nowych wędzisk i piękne karpie w kwietniu.
Jesienny karp w zimnej wodzie – 11 kg na feederowy hak i hol, który nie miał prawa się udać.
Miała być spokojna noc… a skończyło się na maratonie brań karpi.





