Zjedzony przez amury – trzy godziny lepsze jak tydzień nad wodą.

zasiadka amur sierpien klimat 4

Po długiej przerwie wróciłem nad wodę. Miałem tylko trzy godziny, ale amury zadbały o to, żeby była to jedna z najbardziej emocjonujących zasiadek. Kilka potężnych holi, 20 litrów fermentowanych ziaren i amur, który postanowił uderzyć mnie ogonem w twarz.

Urlop zakończył się bardzo szybko, ilość wyjazdów nad wodę równała się zeru. Mimo tego byłem wspaniale wypoczęty po dwutygodniowym pobycie w Chorwacji.

Zaliczyłem wspaniały wypad motocyklowy w południowo-zachodnią część Polski wraz z noclegiem i integracją.

Zrobiłem również coś dla domu, całkowicie zmieniając aranżację sypialni.

Oczywiście, jakbym miał za dużo wolnego czasu, zapadłem na zdrowiu. Przez ponad dwa tygodnie walczyłem z poważnym zapaleniem podudzia i straszliwie puchnącą nogą.

Choroba skutecznie wykluczyła mnie z wędkarstwa, jazdy na motorze i remontu.

Jednak z uwagi na niskie stany osobowe i przydzielenie obowiązków, które mogłem wykonywać na siedząco, z nogą uniesioną do góry, chodziłem do pracy.

Uratowało mnie to przed potworną nudą, a przydzielone pomieszczenie służbowe wyposażone w klimatyzację ułatwiło przetrwanie najbardziej skwarnych godzin dnia.

Domowa klimatyzacja jest planem na przyszły rok, więc muszę otwarcie przyznać, że w pracy było jakby luksusowo.

Czułem się coraz lepiej, więc przed kolejnym wyjazdem służbowym musiałem wyskoczyć chociaż na moment na ryby. Auto spakowałem już w piątek wieczorem, a nad wodą pojawiłem się dopiero w niedzielę. Organizm widocznie potrzebował więcej snu i w sobotę obudziłem się w okolicy południa.

Nie była to stracona sobota, wykorzystałem ją na dokończenie sypialni.

Przy okazji fantastycznie spędzając czas z dziećmi, które to bardzo aktywnie brały udział w pracach remontowych i dekoracyjnych. Uwielbiam patrzeć, jak moje pociechy dorastają i bardzo cieszę się, gdy mogę im coś przekazać wartościowego.

W niedzielę pojawiłem się w okolicy godziny 5:30 nad wodą. Budził się dzień i łowisko przywitało mnie magiczną scenerią. Nad wodą unosił się biały opar, podświetlany promieniami wschodzącego słońca. Normalnie magia.

Zatrzymałem się na chwilę i, chłonąc rześkie powietrze poranka, syciłem się tym widokiem. Ile takich poranków przeszło mi koło nosa? Naszła mnie nagła refleksja i, przyznam, że zrobiło mi się trochę smutno.

Spławy na wodzie szybko jednak przypomniały mi o celu mojej wizyty na łowisku.

Rozłożyłem więc sprzęt i wywiozłem pierwszą wędkę. Nie zdążyłem wywieźć drugiej, a na pierwszej już grała szpula kołowrotka. Szybka reakcja i hol kłody – amur, pomyślałem. Nie pomyliłem się.

Kto holował amury, wie, że jak nie podbierze się go za pierwszym razem, to będzie prawdziwa jazda. Mój amur nie był wyjątkiem i gdy tylko wyczuł podbierak, rozpoczęło się piekło.

Odjazdy, murowanie – dobre dziesięć minut wędkarskiej, ciężkiej orki.

W końcu nowe wędziska pokazały swoje zalety, w końcu mogłem je sprawdzić na prawdziwym przeciwniku. Spocony podebrałem amura.

Zrezygnowałem z klasycznej sesji zdjęciowej – raz dla dobra ryby, a dwa dla dobra swojej nogi, która bolała jeszcze i nie pozwoliła na przyklęknięcie przy macie.

Zrobiłem amurowi szybkie zdjęcie na macie i jak najszybciej amura włożyłem do wody. Amury to piękne, silne ryby, ale dość delikatne.

Zachęcony wywiozłem ponownie zestawy. Nie siedziałem długo bezczynnie. W zasadzie to nie zdążyłem nawet złożyć kuchenki do parzenia kawy. Ponowny hol, ponowna jazda i tylko niewiele mniejszy amur. Coś wspaniałego, po prostu.

Postanawiam zaparzyć jednak kawę przed wywiezieniem zestawu ponownie. Cha, ryby moje postanowienia miały w nosie. Kolejna rolka daje znać, że na haku jest ryba. Biegnę do wędziska i szlag – czuję, że ryba zaparkowała w zaczepie. Próbuję ją uwolnić, nic z tego, pozostaje rwanie. Na całe szczęście urywa się jedynie hak z przyponu.

Nie mając gotowych przyponów, zaparzam kawusię, zasiadam na fotelu i szybko wiążę ulubiony przypon. Na spokojnie wywożę pierwszy zestaw, nie zdążyłem wrócić łódką i włożyć żyłki do sygnalizatora, a na wędce kolejne branie.

To po prostu niemożliwe – myślę sobie.

Kolejny hol, kolejna walka, kolejny amur. Ręce już mi się trzęsą z emocji. Chcąc zrobić zdjęcie, sięgam do kieszeni po telefon, włączam aparat, a ryba, robiąc efektownego fikołka, wali mnie w twarz z płetwy ogonowej i z maty wpada do wody.

No kurde – taki strzał dla ogarnięcia się rano i przypomnienia, jak potrafią się zachować amury.

Kolejne dwa brania kończą się spięciem ryb. Nie przejmuję się tym jednak za bardzo, bo rozegrałem dwie fantastyczne walki.

Ponowna wywózka, łyżka zanętowa sięga dna 20-litrowego wiadra – smutek.

Za mało ziaren zabrałem. W ciągu dwóch godzin łowienia zrobiłem tyle wywózek, że zużyłem 20 litrów fermentowanych ziaren.

Zastanawiam się, czy nie pojechać do domu po więcej. W tym czasie słońce w pełni oświetla taflę łowiska i brania ustają.

Dzięki czemu znalazłem czas na zrobienie drugiej kawy, zawiązanie kilku przyponów i posłuchanie audiobooka.

Do domu wróciłem w okolicy godziny jedenastej. Przywitały mnie fantastyczne zapachy z kuchni. Zdziwiony zobaczyłem małżonkę na leżaku. Powiedziała, żebym nie wchodził, bo Magda gotuje obiad niespodziankę…

Zobacz również:

Nie pojechałem na wielką zasiadkę. I tak wróciłem z dwoma amurami.

Miałem tylko chwilę nad wodą. Wystarczyło na amura i karpia.

Czwarte Zawody Karpiowe o Puchar D-cy 10 BLog.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Paweł Sąsiadek

Paweł Sąsiadek – wędkarz i autor bloga „Ryby Moje Życie”, gdzie dzielę się praktyczną wiedzą prosto znad wody. Łowię różnymi metodami, ale szczególne miejsce w moim wędkarskim świecie zajmują karpie i łowienie na ziarna, które sam przygotowuję i testuję w praktyce. To blog tworzony na doświadczeniu, nie teorii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *