Ryby to nie tylko hobby – to lek na zbolałą duszę.

maj karp 2

Remont, szpital, stres i nieubłaganie zbliżający się wyjazd służbowy. Czasem człowiekowi potrzeba tylko kilku godzin nad wodą, kubka kawy i odjazdu karpia, żeby na chwilę odzyskać równowagę.

Końcówka maja była strasznie napięta i bardzo stresowa. Postanowiłem przed wyjazdem zrobić remont pokoju synów i montaż monitoringu w domu, a także pojechać na planowany zlot motocyklowy. Natłok wydarzeń tydzień przed kolejnym wyjazdem służbowym powalał na kolana.

Zaplanowałem więc wszystko skrzętnie, w rozbiciu na godziny, i stwierdziłem, że spokojnie dam radę. Zgodnie ze starym indyjskim przysłowiem: „Gdy człowiek coś planuje, bogowie się śmieją”, wszystko musiało się posypać.

Pasmo przeciwności zaczęło się od tego, że proces przygotowania technologicznego ścian do malowania wymagał dodatkowych dwóch dni.

Następnie doszło do zapaści zdrowotnej ukochanej córci, na tyle poważnej, że dwa razy wizytowaliśmy SOR. Cała sprawa skończyła się wezwaniem karetki pogotowia do domu i kilkoma dniami w szpitalu.

Zlot z wiadomych przyczyn nie był w moim zasięgu.

Wszystko to kumulowało się straszliwie i nie zaprzeczę, że negatywnie na mnie działało. Czas do wyjazdu kurczył się, a frustracja związana z niemocą rosła.

Na szczęście sytuacja powoli się prostowała. Plastrem na wszystko okazał się udział Wojciecha w zawodach dla dzieci organizowanych trzydziestego maja przez Stowarzyszenie Dąbrowski Karp. Radość dzieci, pozytywne emocje, uśmiechy, nadzieje związane z połowami no i kilka godzin obserwacji Wojciecha, który całkiem nieźle poczynał sobie z batem. Dało to ujście części negatywnych emocji.

Oczywiście też się śpieszyłem, bo w planach był tego dnia na godzinę 16.00 urodzinowy grill Wiktora, a w niedzielę przyjęcie w sali zabaw dla jego przyjaciół i kuzynów.

Postanowiłem temu zaradzić i skorzystać z wędkarstwa, ile się da. Odpocząć, wyciszyć się i chociaż minimalnie naładować akumulatory. Piąta rano to i tak późna godzina na ryby, a ja już o tej porze zaczynałem je łowić.

Zrobiłem to w pełni na lenia. Wybrałem karpiowe grunty i łódkę RC.

Tak, łódkę RC na odległości 40 metrów. W nosie miałem to, co pomyślą o mnie koledzy. Po prostu nie chciało mi się biegać z zanętą na drugą stronę glinianki.

By się nie przemęczać nadmiarem przynęt, zabrałem jedynie piętnastolitrowe wiadro kiszonej kukurydzy i pszenicy, do którego dorzuciłem resztkę pelletów z pojemnika.

Wywiozłem zestawy suto obsypane zanętą. Oczywiście na włos poszły po cztery kiszone kukurydze. Swój fotel od wiatru i słoneczka osłoniłem parasolem. Zaparzyłem kawusię i załączyłem audiobooka.

Kontemplowałem wspaniałości otaczającej mnie przyrody, siorbałem kawę i wystawiłem bose stopy na słońce. Tak bardzo tego potrzebowałem. Uciąłem sobie drzemkę. Było mi w końcu dobrze i beztrosko.

Całą tę beztroskę przerwał brutalny dźwięk sygnalizatora i terkot szpuli kołowrotka. Wspaniały odjazd. Przyznam wam się, że przez ułamek sekundy czułem się nieco zdezorientowany, jednak „automatyka” zrobiła swoje i poczułem agresję na wędce.

Jak ja lubię te wściekłe, nieduże karpie. Tę niesamowitą ilość energii, którą wyzwalają podczas holu, problemy z wprowadzaniem ich do podbieraka.

Fajny, mały, wściekły karpik wędruje na matę. Szybka fotka, chwilka zamieszania związana z wywózką i powrót na fotel.

W fotelu długo się nie nasiedziałem. Zagrała druga wędka. Rozgrzany poprzednim holem, już bez najmniejszych zacięć, ponownie holowałem małą wściekłość w podobnym rozmiarze. Nie mogłem podnieść ryby do góry, a na siłę też nie chciałem jej szarpać. Dałem więc jej czas na wyhasanie się, co skutecznie pomogło w obsłudze ryby.

Ponowna wywózka i nie zdążyłem nawet napiąć zestawu. Odjazd nastąpił od razu. Na wędce czułem już leszcza, leszcza, który pojechał ze 130-gramowym ciężarkiem. Na całe szczęście leszcz pod brzegiem sam się wypiął.

Wpadam więc w kierat wywózek i z wielkim bananem na twarzy, pocąc się w promieniach wspaniałego słońca, dokonuję ponownej wywózki.

Ryby dają mi godzinkę na kolejną drzemkę. Dochodzi południe, do którego miałem czas na łowienie.

Zwijam powolutku sprzęt, myję wiadra. Jakoś tak smutno troszeczkę się robi.

Wraca świadomość tego, że już za dwa dni będzie trzeba ponownie wracać na wschód. Nie będzie rodziny, ryb, roweru, motoru czy kajaka. Będzie za to trud i wyzwania służby, tęsknota i oczekiwanie na powrót do normalnego, garnizonowego życia.

Łowisko jakby wyczuło zmianę mojego nastroju i z potoku mało przyjemnych myśli wyrywa mnie spokojne pi, pi, pi. Czyżby coś godniejszego? – pomyślałem. Odruchowo podniosłem wędkę i kij przyjemnie się ugiął. Ryba majestatycznie zataczała kręgi, a ja powolutku ją holowałem. W końcu w podbieraku pojawił się może cztero-, a może pięciokilogramowy karpik. Przyznam, że swoim zachowaniem pretendował raczej do czegoś większego, ale nie odbierajcie tego jako grymaszenia.

Ten zbiornik został odbudowany prawie od zera. Owszem, trafiło tam kilka „nastek”, zostało też kilka dużych karpi po PZW, jednak znamienita część ryb została wpuszczona w poprzednim roku.

Nieważne. Ryba była i była fajna jak na ten zbiornik. Taki akcent na koniec łowienia.

Do domu wróciłem na tempo i zdążyłem tylko wyrzucić sprzęt z auta. Już trzeba było przemieszczać się na kolejne wydarzenie. Powrót od sielanki do kieratu życia codziennego nastąpił tak szybko…

Przeczytaj również:

Weekend nad wodą z rodziną – karpie, ognisko i chwile, które zostają na zawsze.

Dwa weekendy bez karpi… jedna decyzja i wszystko się zmieniło.

Wiosenny relaks na rybach – kilka godzin, które dały spokój.

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Paweł Sąsiadek

Paweł Sąsiadek – wędkarz i autor bloga „Ryby Moje Życie”, gdzie dzielę się praktyczną wiedzą prosto znad wody. Łowię różnymi metodami, ale szczególne miejsce w moim wędkarskim świecie zajmują karpie i łowienie na ziarna, które sam przygotowuję i testuję w praktyce. To blog tworzony na doświadczeniu, nie teorii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *