Czasem najlepsze zasiadki zaczynają się od walki z budzikiem i niechęci do wyjścia spod kołdry. A potem łowi się wspaniałe ryby i człowiek już wie, że było warto.
Niedziela 17 maja zaczynała się deszczowo. Nie mogłem wygrzebać się z pościeli i odejść od ciepła generowanego przez małżonkę. Przestawiałem budzik, którego sygnał wyznaczał już chyba piątą drzemkę z rzędu.
W końcu sfrustrowany wyłączyłem gada całkiem.
– Pierd….! Śpię! – wyrwał mi się wulgaryzm.
Małżonka tylko mocniej się przytuliła, a ja postanowiłem dać organizmowi to, czego potrzebował, czyli snu.
Pamięć o piątkowej rybie i wspomnienia z epickiego holu przeważyły. Podjąłem decyzję o wyjeździe na ryby, choć zegar wskazywał już godzinę ósmą.
Nie przejmowałem się tym, bo wiosenny deszcz i zachmurzone niebo pozwalały przypuszczać, że brania dopiszą.
Feeder w deszczu nie bardzo mi się uśmiechał, wrzuciłem więc karpiowe graty do auta i sprawdziłem dwa razy, czy podbierak karpiowy jest w aucie.
Oczywiście pakowanie musiało chwilę potrwać. Szukałem baterii kupionych przezornie na przełomie lutego i marca. A baterie stały sobie w pojemniku z napisem „BATERIE”, tuż przed nosem. Stały w miejscu tak zwanej ślepej plamki u mężczyzn.
Jadąc na łowisko, zadumałem się na chwilę i starałem się ustalić, kiedy to ja ostatni raz jechałem połowić stricte karpiowo.
– Kurczę! Chyba z 18 miesięcy już minęło.
– Nieważne – pomyślałem.
Łowisko przywitało mnie rześkim, wilgotnym powietrzem i zapachem wiosennego deszczu. Deszczu tak długo wyczekiwanego i pożądanego.
Wspaniały klimat, wspaniały czas. Po prostu fantastycznie!
Szybko na brzegu zagościły pojemniki i pojemniczki, podpórki, łódeczka RC, a z pokrowca wyciągnąłem skrzętnie zabezpieczone moje wiśniowe perełki.
– Ach! Jak ja kocham te wędki.
Parę minut później łódeczka RC wiozła w planowane miejsca zestawy. Tradycyjnie bogato obsypane mieszanką kiszonych ziaren i pelletów. Na jednym tradycyjnie kukurydza, a na drugim zawisła kuleczka podbita malutkim popupem.
Ot, taka perwersja na kuleczkę na zestawie mnie naszła.
Przyznam się, że w ferworze pakowania wrzuciłem kilka wiader z kulkami.
Rozstawiłem fotel i mimo tego, że pod gałęziami dębu deszcz nie był jakoś szczególnie dokuczliwy, osłoniłem go moim parasolem.
Nastawiłem wodę na kawusię i zapadłem się w fotel, słuchając szmeru deszczu i syczenia palnika.
Palnik posyczał, popierdział i zgasł.
– Kur…! Nie włożyłem zapasowego kartusza, a obecny się skończył.
Musiałem napić się kawy. Po prostu musiałem i tyle.
Oczy moje powędrowały w stronę miejsca na ognisko i licznych gałązek, które spadły z drzew. Nazbierałem opału i wykorzystując prywatnie i służbowo nabytą wiedzę, szybko rozpaliłem ognisko.
– Ale klimat – pomyślałem. – Szum deszczu, zapach wiosny, aromat ogniska i ciepło jego płomieni.
Postanowiłem nazbierać więcej opału i utrzymać przez jakiś czas ogień.
Ryby miały inne zdanie na ten temat i gdy tylko udałem się w kierunku kupki z drewnem, by przynieść jego zapas, szybko musiałem ten zapas porzucić i sprintem biec do brania.
Sekunda zadecydowała i ryba zaparkowała w zaczepie.
Zanim jednak wywiozłem ponownie, zaparzyłem kawę na ognisku i przyniosłem zapas drewna.
Na kolejne brania długo nie czekałem. Złowiłem dwa amury, które dzięki temu, że kolega Marcin był na miejscu, wjechały za pierwszym razem do podbieraka. Dały mi popalić dopiero przy robieniu zdjęcia, za które to wypada podziękować Marcinowi.
Złowiłem też kilka łakomych krąpi zahaczonych za grzbiet. Jak one tego dokonały – nie wiem.
Konieczność wywózek w deszczu jest mało przyjemna, lecz zainwestowany wysiłek w mało sprzyjających okolicznościach przyrody szybko się zwrócił.
W symfonię szumu deszczu i trzasku ogniska wdarły się nieśpieszne „pi, pi, pi” sygnalizatora.
Wiedziałem, że ryba będzie godna.
Chęć spojrzenia na nią wywoływała dodatkową presję podczas holu. Ryba jednak moje chęci miała głęboko… Parła naprzód niczym lokomotywa. Zataczała koła, pokazując swoją siłę. Na szczęście udawało się stopniowo skracać dystans.
Na kołowrotku pojawiły się pierwsze zwoje przyponu strzałowego i nastąpiła kluczowa faza holu – podebranie ryby.
Oczywiście buty z płaską podeszwą znakomicie, ale to naprawdę znakomicie nadają się do schodzenia po pochyłym gliniastym brzegu, brzegu rozmokniętym od deszczu.
– Tak, zaliczyłem srogi poślizg i tylko cudem nie skończyłem w wodzie.
W końcu do podbieraka wjechał prześliczny karp.
Ciszę łowiska zakłóciły moje krzyki:
– Hej Google, zrób zdjęcie!
Na szczęście, może i słabo wykadrowane, jednak zdjęcie zrobić się udało.
Ponowna wywózka i powrót pod parasol. Emocje schodziły już lekko.
Kolejne wściekłe branie nie pozwoliło się wyciszyć. Agresja zamknięta w może nieco ponad dwukilogramowym karpiu zdumiała mnie bardzo. Chwila zabawy, by wprowadzić rybę do podbieraka. Szybkie zdjęcie i szybkie pakowanie.
Nadszedł moment powrotu do domu. Spojrzałem tylko na karpiowe graty i z auta wyciągnąłem matę i podbierak. Wjechałem pod wiatę i uchyliłem tylko klapę bagażnika i okna. Sprzęt mógł poczekać, a ja byłem zmoknięty, zmęczony i głodny.
Pomimo deszczu mój nos bezbłędnie zwietrzył schabowe i ziemniaczki. I zrobił to w pewnej odległości od domu. Domu, w którym na swojego „łowcę” z gorącym posiłkiem czekała uśmiechnięta małżonka.
Zobacz również:
Czarny Karp dla Powodzian – zawody karpiowe, presja wyniku i walka o przełamanie.
Powrót na ryby po covidzie – osłabienie, emocje i pierwszy karp.
Powrót na ryby po lockdownie – test nowych wędzisk i piękne karpie w kwietniu.












