To miał być tylko trening przed zawodami, a wyszedł z tego poranek, który przypomniał mi, po co w ogóle siadam nad wodą.
Wiosna dalej urzekała moją duszę wszelkimi wspaniałościami. To cudowne wiosenne zmęczenie sprawiło, że nie miałem ochoty na nocne karpie z trzynastego na czternastego kwietnia. Przyznam szczerze, że przy tym zmęczeniu miałem ogromną potrzebę wypróbowania nowego materaca. Wypoczęty znakomicie, w sobotę czternastego kwietnia, owiewany świeżą poranną bryzą, już chwilę po piątej meldowałem się na łowisku.
W powietrzu unosiło się mnóstwo zapachów, a poranne trele ptaków nastrajały mnie jeszcze cudowniej. Tym razem nie byłem sam na łowisku. Umówiłem się z prezesem mojego koła na mały trening łowienia na zestaw skrócony, dzień przed planowanymi zawodami spławikowymi naszego koła.
Słońce powoli swoim brzaskiem budziło dzień, nie ukazując jeszcze w pełni swej krasy zza horyzontu. Powietrze wypełnił przyjemny zapach dowilżanych zanęt. Tak, nie śpiesząc się, przekomarzając się z prezesem i lekko sobie dogryzając, szykowaliśmy się do wspólnego treningu.
Zająłem miejsce, które obławiałem dwunastego kwietnia, a prezes swoje ulubione stanowisko pod sosną. Zmąciliśmy nienagannie gładką taflę wody, bombardując ją kulami zanęty. Po nęceniu odpuściliśmy sobie drobnicę, która zwykle bierze kilkanaście minut po podaniu zanęty, i pogadawszy jeszcze chwilę, daliśmy kwadrans grubszym płociom na wejście w łowisko.
Siedziałem sobie na moim co nieco wysłużonym już stołku i z lubością patrzyłem na słońce o brzasku, które nieśmiało wyłaniało się zza horyzontu. W duszy poczułem przyjemne ciepło i radość wywołane tym spektaklem, który widzi tak niewielu ludzi. Posiedziałem tak jeszcze chwilę, nastrojony i zamyślony, gdy ze stanowiska obok poleciała docinka prezesa: „Gościu, przyszedłeś łowić czy wiersze pisać?”. W jego uniesionej dłoni dostrzegłem pierwszą tego dnia dorodną płoć.
Szybko przypomniałem sobie o celu mojej wizyty i gdy wyjechałem zestawem w łowisko, nie pozostałem dłużny. Kilka sekund później mogłem pochwalić się dorodną płocią. Ryby brały w dość długich odstępach czasu, ale łowiliśmy selektywnie, oddzielając drobnicę od grubszych płoci poprzez zakładanie trzech lub czterech białych robaków. Taktyka opłaciła się, bo mimo mniejszej częstotliwości brań walki z rybami były ciekawsze, a lądowanie ich na przysłowiową klatę odpadało, więc podbierak był ciągle w użyciu.
Wreszcie nadszedł przykry moment powrotu z łowiska. Wyniki nie były może specjalnie imponujące. Wpływ na to miało kilka błędów popełnionych przeze mnie w czasie nęcenia. Mimo to poranek można było uznać za udany. Gdy ze ściśniętym sercem zjeżdżałem do domu, nie wiedziałem jeszcze, że i wieczór, i noc okażą się równie dobre jak ranek, bo również spędzone na rybach.
Przeczytaj również:
Jak zacząć sezon wędkarski na tyczkę – pierwsze łowienie w zimnej wodzie
Tyczka kontra karpie – trzy brania, trzy porażki i jedna ważna decyzja.





