Kwietniowy feeder.

Kwiecień zaczął się już na dobre i ja wkroczyłem już w niego z nowym stopniem i zarazem w nowym korpusie osobowym. Nadrabiałem braki w kontaktach towarzyskich co za skutkowało zaproszeniem na jedno z łowisk na którym niewielu może poławiać. Spędziłem wiec drugi kwietnia łowiąc pilkerem i batem na przepływankę przepiękne wzdręgi, klenie, krąpie, płocie oraz srogie rzeczne leszcze. Niestety będąc zobligowanym do zachowania tajemnicy zdjęcia z tego eventu zachowam dla siebie. Dobrnąłem do soboty piętnastego kwietnia przepiękna pogoda spowodowała u mnie rozterkę wszak przy rodzinie czasu dla siebie niewiele a w garażu czekał nowy rower.

Ciężko było podjąć decyzje przekręcić kilka kilometrów czy też posiedzieć nad wodą?  Przyznam się wam szanowni że wygrał rower. Wcisnąwszy swoje szacowne cztery liter w leginsy przekręciłem rekreacyjnie czterdzieści parę kilometrów oczywiście układając trasę w taki sposób by odwiedzić Odrę, Nysę i kilka po żwirowych zbiorników w mojej okolicy. Ech jaka zazdrość targnęła moim sercem gdy obserwowałem wędkarzy łowiących w przepięknym wiosennym słońcu. Jak chciało się nad wodę a w domu czekała na mnie rodzina. Stwierdziłem że na smutek pomoże nieco więcej endorfin, zwiększyłem co nieco tempo a i w domu byłem prędzej niż zakładane dwie godziny na rower. Kilometry się zgadzały nawet z małym okładem więc cel został osiągnięty.  W domu zamiast hałasów zastałem ciszę i na drzwiach lodówki komunikat od pani żony że wyjechała spotkać się z siostrą do rodziców i będzie wieczorem. Serce na te wieści zaczęło bić żywiej, szybki prysznic uzupełnienie płynów i w dwadzieścia minut później byłem już w drodze na łowisko. Miałem w planie wykorzystać maksymalnie dany mi wolny czas. Ekspresowe rozstawienie się i metoda w ciągu mniej niż pięciu minut zaczęła pracować w łowisku. Ponowie zostałem zaatakowany przez leszcze i krąpie nie mniej bardzo mnie to cieszyło ,wszak to kontakt z rybą a ten zawsze jest mile widziany. Z ciekawszych zdarzeń które postanowiłem uwiecznić był leszczykowy dublet.  Ryby brały bardzo regularnie a kawka która jest nieodłącznym towarzyszem wędkarskich eskapad smakowała wybornie tym razem z termosu bo w myśl zasady że nad wodą każda sekunda cenna zabrałem zrobioną w ekspresie z domu.  Miło i aktywnie spędzałem dane mi chwile a w głowie rodził się plan maksymalizacji wrażeń z holu małych leszczy i krąpi. Wróciłem w okolicy godziny 20 wyłowiony i szczęśliwy mój powrót zsynchronizowałem z powrotem małżonki która zdziwiona obserwowała ja do garażu wynoszę z auta spakowany wcześniej sprzęt wędkarski. Nie wiedziała jeszcze że muszę zrobić miejsce dla gratów niezbędnych do tyczki…

Polub lub udostępnij
fb-share-icon
Otagowano , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *