Nie zawsze wygrywa ten, kto łowi… tylko ten, kto tworzy klimat.
Dnia 14 sierpnia rozpoczęła się kilkudniowa impreza pod hasłem VIII Potyczki Opolskich Teamów Karpiowych. Wydarzenie jest szeroko znane w środowisku karpiowym i stanowi okazję do integracji wędkarskiej, poznania nowych osób oraz wymiany doświadczeń. Impreza stała się na tyle rozpoznawalna, że wśród członków mojego teamu – Carp Squad Dąbrowa – wytypowanie delegatów jest procesem wieloetapowym i przedmiotem szczególnych dyskusji.
Niestety obowiązki zawodowe i brak możliwości wzięcia wolnego nie pozwoliły mi cieszyć się imprezą w pełnym wymiarze. Przyjeżdżałem „z doskoku”, pełniąc rolę team runnera. Problemy natury zawodowej dotyczyły nie tylko mnie, więc wyczerpaliśmy możliwości kadrowe w pełni. Mnie przypadła ostatnia doba, by spróbować swoich sił na świetnym akwenie, jakim jest opolska Malina 2. Nie chciałem jednak skupiać się zbytnio na połowach – po naszej stronie sukcesy były ograniczone, mimo że niektórym drużynom ryby bardzo dopisały.
Pojawiałem się więc na nocach u chłopaków, by poczuć ducha długiej zasiadki, wypić przysłowiowe „jedno złociste”, pogawędzić przy grillu i nieco podładować baterie. W ostatnich latach staramy się dogadzać wędkarskim apetytom również kulinarnie – jest to jedna z moich pasji, a praktykowana w plenerze sprawia jeszcze większą satysfakcję. Myślę, że u kompanów również miłym zaskoczeniem bywają domowe obiady na łowisku.
Pierwsze dwa dni potyczki musieliśmy przetrwać grillując mięso, ponieważ pojawiałem się dopiero późnym wieczorem i znikałem skoro świt – nie było więc kto zająć się gotowaniem. Dzień zaczynał Kazimierz ze swoją słynną jajecznicą, ale późniejsze posiłki składały się głównie z grillowanej wieprzowiny, co po kilku dniach mogło się przejeść.
Do łowiska przybyłem w piątek, trzymając w rękach tydzień wcześniej peklowany i długo pieczony udziec z dodatkami – kaszą, kapustą i ogóreczkami. Wywołał on niemałe poruszenie wśród wędkujących, a ja sam miałem ślinotok przez całą drogę i byłem szalenie ciekaw efektu. Jak się spodziewałem, potrawa przypadła do gustu i szybko została rozporcjowana i skonsumowana. Wieczór spędziliśmy więc objedzeni, dodatkowo popijając nalewkę z orzecha włoskiego na trawienie. Dyskusje, męskie towarzystwo, klimat zasiadki – tego było mi trzeba, by w pełni czerpać energię i ładować akumulatory.
Kolejny dzień postanowiliśmy uświetnić kociołkiem z ogniska. Prażonka wymaga sporych nakładów pracy, a nasz 25-litrowy kocioł wymagał dużej liczby składników, których przygotowaniem zajęliśmy się wspólnie. Popijając złociste, przygotowywaliśmy mięso i warzywa na to zacne danie. W międzyczasie starałem się „odczarować” wodę, by dała coś więcej niż leszcze – niestety, bez rezultatu.
Przygotowanie prażonki zajęło nam większą część dnia, a smakowite zapachy dobiegające z kotła podkręcały apetyty. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na finał, który okazał się naprawdę fantastyczny – również zaproszeni goście docenili nasze dzieło.
Zawody zakończyliśmy na przedostatnim miejscu, co daje nam możliwość startu w przyszłym roku. Miejmy nadzieję, że nasz team nie wypadnie ze składu zawodów, a w kolejnym roku ryby dopiszą bardziej. Teoretycznie świetne miejsce było skutecznie omijane przez ryby lub nie dopasowaliśmy przynęt – bardziej odpowiadały one leszczom niż karpiom.
Przeczytaj również:
Spotkanie kół posiadających wody ZiW- zawody towarzyskie, karp,amur, Miejsce Kłodnickie.
Pierwsze mistrzostwa w wędkarstwie karpiowym – Dębowa.










Pingback:Spotkanie kół posiadających wody ZiW- zawody towarzyskie, karp,amur, Miejsce Kłodnickie. - blog wędkarski rybymojezycie.pl
Pingback:Październikowe amury - nie odwiódł mnie od nich nawet ból pleców. - blog wędkarski rybymojezycie.pl