Czasami łudzimy się że poradzimy sobie z wędkarskim nałogiem – jak że płonne są to nadzieje.
Niedzielny świt 19 kwietnia powoli rozświetlał mrok, a ja delikatnie wysuwałem się z ramion przytulonej do mnie małżonki.
Byłem wewnętrznie rozdarty. Jedna moja część wręcz wyła, by pojawić się nad wodą, a druga chciała leżeć i chłonąć ciepło oraz zapach tak bliskiej mi osoby.
Wewnętrzna walka trwała dłuższą chwilę – uległem.
Wędkarski nałóg zwyciężył.
Opuściłem ciepłe łóżko i śpiącą żonę, by jechać na ryby i naładować baterie przed kolejnym służbowym wyjazdem.
Przygotowane wieczorem ubranie przyspieszyło proces zbierania się na ryby, a nie mając apetytu tak wcześnie rano, pominąłem śniadanie.
Nad wodą unosił się lekki opar. Trawa pokryła się rosą. Ptaki darły się na całe gardło, a zachmurzone niebo nie pozostawiało nadziei na słońce. Mimo to temperatura była bardzo przyjemna.
Miałem ogromną rozterkę co do wyboru miejscówki i szczerze powiem – nie chciało mi się łowić kolejny dzień w tym samym miejscu. Kilka spławów pomogło jednak podjąć decyzję dotyczącą wyboru stanowiska.
Rozłożyłem cały majdan, namoczyłem pellet oraz zaparzyłem kubeł kawy.
Rozpocząłem poszukiwanie odpowiedniej odległości łowienia, bo na wyrobiskach takich jak moja woda precyzja decyduje tak naprawdę o wszystkim. Zróżnicowanie dna jest tak duże, że nierzadko 10 cm decyduje o tym, czy łowimy na półce, czy nasz zestaw leży na trzech metrach mułu.
Blisko dekada wywózek modelem RC z echosondą pozwoliła mi świetnie zapoznać się z ukształtowaniem dna. Szukałem szczytu nasypu po torowisku starej kolejki do wywozu urobku oraz półki przy trzcinowisku. O ile z namierzeniem półki nie było problemu, to znalezienie nasypu zajęło chwilę.
Mając złapane odległości, nie pozostawało nic innego jak wstępnie zanęcić i czekać na brania. Po pierwszych rzutach okazało się, że mocno przeszkadza mi kilka gałęzi rosnącej z lewej strony stanowiska wierzby. Użyłem więc mojej piłki, która stale jeździ ze mną w aucie, by je przyciąć i nie denerwować się podczas holu ryb.
Kilka minut później praca ta przyniosła efekty, bo ładny pełnołuski karp zmusił mnie do niezłej ekwilibrystyki i przekładania żyłki na krótkich wędziskach ponad trzcinowiskiem oraz przyciętymi gałęziami. Bardzo przydatnym narzędziem okazał się przy tych czynnościach podbierak na 4,5-metrowej sztycy.
Po przełożeniu żyłki przez trzciny i wierzbę czekało mnie jeszcze wydobycie z wody wielkiej gałęzi -pozostałości po drzewie, które złamało się i wpadło do wody. Po tej czynności mogłem wrócić do holu karpia, który pojeździł jeszcze dobrą chwilę, nim dał się podebrać.
Wielkość ryby, która ledwo zmieściła się w podbieraku, w pełni usprawiedliwiała czas poświęcony na jej hol i wynagrodziła wysiłek włożony w uwolnienie jej z zawad.
Szybka obsługa ryby, sesja fotograficzna i mogłem wrócić do łowienia.
Początek zapowiadał się fantastycznie, a późniejszy czas wcale nie był gorszy. Przepiękne liny i wściekłe zarybieniowe karpie dawały masę pozytywnych wrażeń oraz emocji.
Jak ja cieszyłem się z każdego brania i każdego holu.
Całą moją uwagę pochłonęło bycie tu i teraz – przeżywanie wspaniałych momentów oraz radość z pięknych ryb. Pochłonęło mnie to do tego stopnia, że nawet nie zauważyłem, kiedy foremka zaszurała o dno pojemnika. Przekonany, że mam jeszcze zapas pelletu, pobiegłem do auta. Jakie było moje zdziwienie, gdy w pojemniku na „zapasowy” pellet również zobaczyłem dno.
No tak… pojemnik uzupełniałem tydzień wcześniej, a praktycznie każdego dnia łowiłem i nęciłem.
W sumie coś tam połowiłem, więc postanowiłem zakończyć zasiadkę i wrócić do domu.
W domu uśmiechnięta małżonka przytuliła się i z wesołym wyrzutem zapytała, czy wiem, która godzina.
Mój wzrok uciekł w stronę zegarka, którego wskazówki pokazywały prawie godzinę 16…
Zobacz również:
Marcowa metoda, method feeder.
Łowienie leszczy we wrześniu na feeder – Śródlesie i skuteczna zasiadka.
Majowe łowienie na feeder – szybka zasiadka, karp i spinningowy bonus.







