W poniedziałek 16 maja miałem dzień wolny, musiałem odpocząć w spokoju od natłoku spraw których ilość przytłacza i sprawia dyskomfort psychiczny. Pomimo wielu zaległości do nadrobienia w domu postanowiłem chociaż kilka godzin przeznaczyć na relaks i naładowanie baterii. Potrzebowałem, samotności, spokoju, ciszy, kontaktu z przyrodą, miałem potrzebę oderwania się od trosk dnia codziennego i skierowania myśli na inne tory niż zazwyczaj. Niestety życie miało tradycyjnie w nosie moje potrzeby, na cito musiałem ogarnąć dwie pilne sprawy związane ze zdrowiem i dopiero w godzinach mocno popołudniowych znalazłem czas na ukochane hobby.
Znałem jedno łowisko które miej więcej spełniało moje potrzeby a i bogaty rybostan zwykle pozwalał nałowić się do syta. Jak się domyślicie pojawiłem się na Śródlesiu. Tak wiem że moje wędkarstwo staje się monotonne ale naprawdę odpowiada mi klimat tego łowiska usytułowanego w lesie w śród przyrody i względnej ciszy. Daje świetne możliwości poławiania feederem a na tej metodzie skupiam się bardzo ostatnio mimo karpiowego serca. Czas jest dla mnie kluczowym wyznacznikiem wędkarskich eskapad i staram się go w sposób maksymalny wykorzystać. Pojawiłem się głodny ciszy, wypoczynku i ryb. Obłożenie łowiska było dość duże więc wolne miejsce znalazłem w pełnym słońcu. Błyskawicznie rozłożyłem stanowisko, domoczyłem pellet i zrobiłem kubeł czarnej aromatycznej kawy. Zasiadłem na fotelu pozbyłem się koszulki i przez dłuższy moment oddałem się syntezowaniu witaminy D. W połowie mojego kubka z kawą przypomniałem sobie że przyjechałem na łowisko w określonym celu więc przystąpiłem do realizowania wędkarskich założeń. Ciężarkiem wstępnie rozpoznałem dno i ustaliłem komfortową odległość łowienia na 52 metrze, zanęciłem łowisko kilkunastoma podajnikami i w spokoju dokończyłem kawkę. Oddałem się jeszcze przez moment błogiemu lenistwu w promieniach słońca, pełne obuwie zastąpiłem klapkami, wyciągnąłem zimną kole zero i w końcu udało mi się posłać dwa zestawy w łowisko. Na pierwsze atomowe branie nie musiałem długo czekać. Soczyste ugięcie szczytówki i srogie kopnięcia dały mi podstawy do słusznych zresztą przypuszczeń że na haku jest dużych rozmiarów leszcz. Wielokrotnie już opisywałem niezwykłą waleczność leszczy bytujących w tym zbiorniku i ten nie odbiegał od nich walecznym usposobieniem. Chwila przyjemnej walki. W podbieraku ląduje wspaniale ubarwiony, pokryty jeszcze tarłową wysypką leszcz, szybka sesja i ryba odpływa w znakomitej kondycji. Przerzucenie zestawów i w minutkę po napięciu żyłek kolejne branie, kolejna walka, kolejny przepiękny hol i masa emocji. Leszcze nie zawiodły mnie wyjąłem ich około dziesięciu a kilka wyhaczyłęm w wodzie. Haki bezzadziorowe znakomicie spisują się gdy nie chce się brudzić rąk śluzem, wystarczy nieco luzu i ryba sama się uwalnia. Wspaniały czas odmierzany stopniem zaczerwienienia mojej skóry ogrzewanej wspaniałym wiosennym słońcem, dobiegał końca a ja musiałem wrócić do trosk dnia codziennego, wrócić do snucia planów, wrócić do ich realizacji i w końcu wrócić do obowiązków służbowych. W domu klasycznie czekały na mnie dzieci i zawiedziona co nieco małżonka. Małżonka która z lekkim wyrzutem zapytała się czy brały i „Jak mogłem bez nich jechać na ryby?!”. Przyznam że przez moment maiłem wyrzuty sumienia, jednak te dość szybko minęły z racji tego że potrzebowałem odrobiny samotności i spokoju…













