Od 22 marca do 28 czerwca minął szmat czasu, ja niestety nie miałem możliwości cieszyć się wędkarskim hobby. Sprawy rodzinne, służbowe, wyjazdy pochłonęły w sposób bardzo skuteczny cały mój dostępny czas. Ale nadszedł ten czas że i spragniony popatrzy jak inni piją wodę. Zostałem zaproszony na zawody Czarny Karp rozgrywane na Czarnym stawie przepięknej i malowniczej wodzie. Kuszącej tym bardziej że dostęp osób postronnych jest szalenie ograniczony. Dzień wcześniej odbyłem z moim sąsiadem rekonesans na rowerach by chociaż zorientować się w układzie miejscówek na stawie i poobserwować przez chwile wodę.
W dzień zawodów wylosowaliśmy miejsce którego obawialiśmy się ze względu na brak miejsca na rozbicie namiotów. Okazało się jednak że wylosowany pomost jest na tyle duży że można na nim urządzić całe obozowe życie. Dodatkowo właściciel pomostu był na tyle uprzejmy że udostępnił nam swoją płaskodenkę i zrobiło się całkiem komfortowo. Nie nadmieniłem wam jeszcze że w zawodach brał ze mną udział mój sąsiad Mateusz dla którego był to debiut w takich zawodach i zarazem debiut wędkowania na ciężkim karpiowym sprzęcie. Mateusz zadebiutował w iście wybuchowy sposób ale o tym za chwilę.
Wypłynęliśmy wysądować łowisko i przyznam ze w udziale przypadł nam wspaniały kawałek dna w większości mocno zamulonego jednak udało się tuż pod roślinnością nadbrzeżną wystukać kilka twardych fragmentów. To były pierwsze typy miejscówek przeznaczone dla Mateusza ja postanowiłem łowić na jedynej górce bezpośrednio w grążelach. Wywieźliśmy zestawy ja zająłem się integracją a Mateusz pilnowaniem wędek. Nad ranem Mateusz miał pierwsze branie i musiał sam płynąć po amura w grążelach. Ja mając objawy choroby filipińskiej musiałem swoje odleżeć w namiocie. Wygonił mnie z niego tropikalny żar który wytopił ze mnie całe resztki szkodliwych pozostałości metabolizmu alkoholu w organizmie. Poczułem się w obowiązku wspierać team partnera i już pływałem z nim po ryby łowione przez niego regularnie wspaniałe amury. Co to było za pływanie to trudno opisać. Trafialiśmy brania przy huraganowych wręcz porywach wiatru a wąski i długi zbiornik, działał jak tunel aerodynamiczny wzmagając siłę żywiołu. Bywały momenty ze byliśmy wstanie wylądować trzy pomosty dalej, bo pomimo solidnego przykładania się do wioseł nie byłem wstanie płynąć pod wiatr. Szczególna intensywność brań była w ostatnich godzinach zawodów i one wyssały z nas całą energię, szalone odjazdy złamana wędka w czasie holu, adrenalina, wysiłek wzmagający dodatkowo ilość endorfin w organizmie. Wspaniałe przeżycie żałowałem tylko że nie było mi złowić ani jednej ryby z rzekomo bankowej miejscówki. W konsekwencji zajęliśmy drużynowo pierwsze miejsce bo Mateusz nałowił sam jeden 66.7kg ryb 6 przepięknych amurów a ja na wiosłowałem się za wszystkie czasy. Spędziłem mimo to fantastyczny czasz z fantastycznymi ludźmi organizator zadbał o świetny poczęstunek było wspaniale tylko szkoda ze moje pragnienie wyłowienia się nie zostało zaspokojone….





















