Kawałek październikowego złota

Październik wszedł już prawię w drugą dekadę a mi tęskniło się za łowieniem karpi miałem co prawda mały wyjazd na karpia w nocy z soboty na niedzielę jednak bez większych efektów. Tak bardzo chciałem poprawić swoje łowienie w jesiennej stopniowo ochładzającej się wodzie które będąc szczerym mocno u mnie kuleje. Ale wracając z pracy zadałem sobie pytanie jak chcesz to osiągnąć skoro nie łowisz w takiej wodzie regularnie nie masz możliwości badania właściwości korekt ani regularnego śledzenia miejsc żerowania ryb. Dodając  do tego wszystkiego specyfikę i wysokie urozmaicenie dna wyrobiska na którym staram się poławiać karpie w mojej głowie pojawia się straszny bałagan.  Nie mniej moją zasadą jest przekuwanie pragnień w czyny więc po pracy w dniu dziewiętnastego października o godzinie szesnastej stawiłem się nad brzegiem mojego łowiska. Czytaj dalej….

Okoniowe szaleństwo.

Październik w swoich wspaniałych słonecznych dniach po ponad tygodniu pluchy szarówki i zimna uraczył nas w swej wspaniałości przepiękną paletą barw liści. Co bardziej wytrzymałe na niskie temperatury drzewa pozostały w pełni zielone a niektóre liście pogubiły całkiem. Siedząc w pracy oczu nie mogłem oderwać  od parku złożonego z topól, lip i klonów. Ich jesienne barwy wywoływały w sercu tęsknotę tęsknotę za przebywaniem na łonie natury i chłonięciem tego wszystkiego co jesień oferuje oczom uszom i powonieniu.  Praca zawodowa i rodzina stała naprzeciw hobby któremu zaprzedałem serce skutecznie uniemożliwiając  nacieszenie się tym wspaniałym spektaklem przyrody. Czytaj dalej….

Październikowe amury.

Pracowałem dzielnie przez większość soboty ręcznie w dwudziesto litrowych wiadrach wynosząc gruzy powstałe po wcześniej zwalonym stropie w pomieszczeniu gospodarczym które mam zamiar przekwalifikować na gospodarczą kuchnię gdzie bez przeszkód będę mógł się oddawać winiarstwu, piwowarstwu, wędliniarstwu, przetwórstwu płodów ogrodu i produkcji przynęt i zanęt. Oczami duszy widząc siebie gospodarującego w przyszłym raju przykładałem się srogo do pracy by jak najszybciej zrealizować kolejne z moich marzeń. Niestety jak ktoś z biegiem lat odwykł od ciężkich fizycznych prac to łapie często kontuzję tak i ja na koniec dnia lekko nadwyrężyłem sobie plecy. Mimo poważnego bólu ani myślałem rezygnować z nocki na rybach gdyż cały czas z łowiska docierały do mnie doniesienia że amury wpadły w szał żarcia i biorą na całym stawie jak wściekłe. Po ułożeniu dzieci do snu w okolicy dwudziestej drugiej pojawiłem się na łowisku. Zamieniłem kilka słów z kolegami i wypiwszy małe złociste szczęśliwy z tego że zestawy dzięki pomocy uczynnych kolegów zostały wywiezione. Udałem się na spoczynek do mojej zagrzanej skody by dać wytchnienie bolącym już na poważnie plecom. Do godziny szóstej wygrzewałem obolałe plecy aż ze snu wyrwało mnie kilka pików z mojego sygnalizatora. Na raty wygrzebałem się z samochodu i nim doszedłem do wędzisk branie się skończyło a chwilę po tym na wędce Bogdana pojawiło się branie. Wyholował on więc amura zapiętego na moim zestawie. Czytaj dalej….

Październikowy szał.

Październikowe dni mijały jak błyskawica ostatkiem tchu dobrnąłem do przedłużonego o jeden dzień weekendu a byłem wszystkim tak sfrustrowany że moim jedynym  marzeniem było pojawienie się nad wodą i  połowienie sobie w spokoju ryb. Niestety matka natura pokazała w swoją moc i w nocy z czwartku na piątek  wiejące z huraganową prędkością wiatry skutecznie uniemożliwiły wędkowanie. A zanik prądu i troska o rodzinę i tak nie pozwoliły by mi na opuszczenie domowego zacisza.  Spędzona niespokojnie noc  przyczyniła się do większego zmęczenia w związku z czym na ryby wybrałem się o godzinie czwartej dnia siódmego października. W głowie miałem gotowy plan na łowienie a przygotowane poprzedniego dnia wieczorem przypony i zestawy czekały w gotowości do użycia by maksymalnie przyśpieszyć moment posłania zestawów w łowisko przygotowałem wcześniej worki PVA.  Rozłożenie się zajęło mi dosłownie pięć minut i w chwilę po tym pierwszy zestaw został przetransportowany w miejsce połowu. Nie zdążyłem nawet napiąć zestawu a już miałem piękne agresywne branie co prawda karpiowej młodzieży ale zawsze karpia. Zwietrzyłem dobry dzień na ryby i po oporządzeniu malucha udało mi się wywieźć dwa zestawy w wytypowane miejsca. Czytaj dalej….

Wrześniowy spontan.

Nadszedł czternasty września i nadarzyła się okazja by ponownie pojawić się nad wodą. Wybrałem więcej wolnych godzin niż potrzebowałem na załatwienie spraw i zostało około trzech niewykorzystanych godzin przed powrotem planowym w okolicach godziny szesnastej do domu. Przypadkowo mam manię stałego wożenia sprzętu w aucie w razie gdyby się nadarzyła okazja do spontanicznego wypadu nad wodę i jak zapewne się domyślacie takowa okazja sama się pojawiła. Niby godziny mało sprzyjające wędkarskim eskapadom nie mniej gdybym miał się patrzeć na godziny to w tym roku nie połowił bym wcale. Łowię w takich godzinach w jakich mogę pojawić się nad wodą i przyznam że takie łowienie przynosi całkiem ciekawe rezultaty. Czytaj dalej….

Wrześniowe popołudnie.

Wrzesień nieustannie parł do przodu po wspaniale spędzonej rodzinnej niedzieli nad wodą nadarzyła się dla mnie wspaniała okazja do ponownego pobytu nad wodą w godzinach które w tym roku bardzo słabo eksploatowałem wędkarsko.

Wróciłem więc z pracy i dowiedziałem się że moje stado wyjeżdża na urodziny do dziadka Jurka z którym ja nie utrzymuję jakichkolwiek kontaktów. Korzystając z okazji po błyskawicznym obiedzie mogłem połowić kilka godzin w godzinach popołudniowych.

Przy okazji mojego wypadu na ryby naciągnąłem też prezesa , nieco po szesnastej stawiłem się nad wodą. Wypad miał być błyskawiczny, planując taktykę na połowy zarzuciłem myśl o łódce RC która jak by nie patrząc jest wspaniałym narzędziem, ale upośledza technikę rzutową. Na prędce rozłożyłem sprzęt i zrobiłem kilka worków PVA z pelletem  kulkami i moją waniliowo/alkoholową  zalewajką. Czytaj dalej….

Rodzinny wrześniowy weekend.

Wrzesień miesiąc który rok rocznie przynosi mi największe sukcesy wędkarskie i niezmiennie kojarzy mi się z rybami. Zawsze starałem się by ten jak że ważny dla wędkarzy miesiąc obfitował w wyprawy wędkarskie umożliwiające złowienie życiowych okazów. Wyobraźcie sobie najmilsi jak mocno  cierpiała moja wędkarska dusza gdy okienko w kalendarzu wskazywało koniec  pierwszej dekady września a ja nie maiłem możliwości czasowych na chociażby pięcio minutowy pobyt nad wodą. Serce bolało ale nie miałem innego honorowego wyjścia z sytuacji jak rzetelnie pracować. Czytaj dalej….

Feeder sierpniowy.

Sierpień u swojego schyłku postanowił przypomnieć, że nie ubłaganie zbliża się jesień i umiarkowana w temperatury  pogoda notorycznie przeplatana była deszczem.  Urlopowicze niezadowoleni z obrotu  sprawy siedzieli  smętnie pod dachami  altan i liczyli na większą łaskawość  niebios. Ja natomiast czułem coraz większą presję gdyż w duchu czułem że sezon wędkarski  po lipcowej stagnacji zaczyna wchodzić w swoje drugie apogeum. Czytaj dalej….

Lipcowa tyczka.

Urlop upływał nieubłaganie a ja pomimo wypoczynku i bardzo niewielkiej ilości prac domowych nie bardzo miałem czas na łowienie ryb. Wszystkie wolne chwile poświęcałem na zabawy z dziećmi i zacieśnianie rodzinnej więzi. Jednak serce wędkarza dawało znać o sobie i robiąc porządki w wędkarskim pomieszczeniu z utęsknieniem zerkałem na wędki.
Musiałem coś połowić a że w lodówce do końca zbliżał się termin przydatności białych robaków postanowiłem wyskoczyć chociaż na moment nad wodę. Więc wieczorem spakowałem auto i już o godzinie czwartej trzydzieści dwudziestego piątego lipca byłem nad wodą.  Muszę dodać że dzień wcześniej znalazłem kilkadziesiąt minut na przygotowanie trzech stanowisk i gruntowne oczyszczenie ich z moczarki kanadyjskiej przy pomocy zbudowanego przez siebie urządzenia. Czytaj dalej….

Sierpniowe refleksje

Czas pędzi nie ubłagalnie do przodu i bezpowrotnie przemija. W ten sam sposób przeminął mój urlop a ja po pierwszych dniach w pracy po prostu musiałem nad wodą się pojawić i posiedzieć w spokoju. Przy okazji układając w głowie kilka spraw.

Planowałem wyjazd na nockę z piątku na sobotę i z soboty na niedziele jednak plany planami a rzeczywistość rzeczywistością.  Jedyną możliwością obcowania z rybami były godziny wczesno poranne dnia trzynastego lipca. Nie przepuszczam żadnej szansy na pobyt nad wodą i punktualnie o godzinie czwartej trzydzieści  pojawiłem się na moich gliniankach. Rozłożyłem się z gratami i zaparzywszy kubeł kawy oddałem się przemyśleniom w oczekiwaniu na brania, układałem w głowie kilka spraw. Czytaj dalej….