To nie była zwykła poranna zasiadka. To był taki świt, po którym człowiek wraca do domu lżejszy o cały ciężar tygodnia.
Gładko dobrnąłem do dnia czwartego listopada. Budząc się rano, stwierdziłem, że nie mogę zmarnować tak pięknej soboty, zwłaszcza że poprzednią poświęciłem na rodzinne kiszenie kapusty na zimę. Ucałowałem rozkosznie śpiącą małżonkę i wymknąłem się z domu niczym duch.
Czytaj dalej….









