Grudniowa tyczka.

 W niedzielę 14 grudnia pojawiłem się nad wodą z zamiarem łowienia na tyczkę, przyznam wam się do tego że moje myśli krążyły w okolicy jednego tematu „Dlaczego gdy coś zaplanuje, coś musi mi te plany popsuć?”. Byłem nawet odrobinę rozdrażniony ciągłymi zmianami planów tym bardziej że od kilku dni przebywałem na urlopie a w planach miałem malowanie trzech pomieszczeń w domu więc kolejny tydzień miał być pod znakiem prac malarskich. Minęło kilkadziesiąt minut nim miałem rozłożony kosz, rozstawione rolki i wygruntwane stanowisko. Ulepiłem kule do nęcenia ciężkiego i z kubka. Zaparzyłem kawę i przebrałem się w kombinezon zapewniający mi komfort cieplny i swobodę ruchów. Do wody posłałem kule zanętowe i  w łowisko wstawiłem zestaw. Miałem nadzieję że pojawią się karpie w nęconym miejscu, odławiałem drobne ryby gdyż taka jest kolej rzeczy, zanim pojawią się te większe trzeba solidnie pomachać tyczką. Po drobnej rybie wchodzi ta średnia i następnie ta największa objawia się to chwilowym zanikiem brań.

Czytaj dalej….

Sierpniowa tyczka.

Sobota 30 sierpnia rozpoczęła się obiecująco, nad wodą budził się świt, wśród lekkiego oparu rozchodził się dźwięk zanęty przecieranej przez sito i dźwięk ziewnięć mojej osoby odzwyczajonej ciężka pracą do późnych godzin nocnych od porannego wstawania.   Na zroszonej trawie pozostawały ślady stóp pozostawione przez ciągłe kursowanie pomiędzy bagażnikiem samochodu a rozstawianym stanowiskiem. Nieśpiesznie i systematycznie na brzegu pojawił się kosz, siatka, półki, rolki tyczka mata i kuwety.  Na kolanach bo przemęczone plecy odzywały się bólem zacząłem lepić kule z zanęty tak pieczołowicie przygotowywanej. Dziś musiało być wszystko dopięte na ostatni guzik, dziś miało być idealnie i dziś miał być sukces.

Czytaj dalej….

Marcowy bat.

Kolejne kilkadziesiąt dni musiało minąć by pojawić się nad ulubioną wodą. Tym razem w głowie miałem konkretny plan do zrealizowania. Podczas porządków w moje ręce dostał się mój 6 metrowy bat. Przez chwilę zatrzymałem się i powróciłem do wspomnień z dzieciństwa i młodości  gdzie do szczęścia wystarczał najpierw kawałek leszczyny później szklany radziecki bat kilka zestawów z „ruskiego targu”, nakopane czerwone robaki, ciasto lub pęczak. Zachciało mi się minimalizmu, prostoty, powrotu do młodych lat. Sprawdziłem skrzyneczkę z zestawami w zapasie zostało 4 których moi chłopcy nie zdążyli poplątać, stwierdziwszy że wystarczy na szybko zawiązałem kilkanaście przyponów ponieważ pudełko z nimi również wylizałem prawie do czysta a czasu na wiązanie nowych nie znalazłem.

Czytaj dalej….

Pierwsze ryby 2025.

Od kilku dni przebywałem w domu zajęty byłem sprawami rodzinnymi i sprawami społecznego projektu który od kilku miesięcy nabiera coraz bardziej realnego kształtu. Nie mniej co jakiś czas pojawiałem się nad wodą by badać stan pokrywy lodowej. Tak bardzo brakowało mi kontaktu z rybami że powoli byłem zły na jak to określiłem „gówno zimę”, lód za słaby by na niego wejść i jednocześnie jego obecność wyłącza możliwość łowienia. Mam co prawda rzeki w swojej okolicy i tam mógłbym próbować technik i możliwości niestety nie mam kompletnie na to czasu. Owszem marzy mi się pochodzenie z bolonką lub federem w poszukiwaniu ryb zimą ale na te wszystkie metody należy mieć czas a tej wartości ostatnio mi coraz bardziej brakuje . W końcu 26 stycznia 2025r .stan pokrywy lodowej pozwolił na rozłożenie trzech elementów tyczki plus top i mogłem popróbować swoich sił na gliniankach.

Czytaj dalej….

Pierwsze ryby 2024r.

Długo mi było czekać na pierwsze ryby w 2024 roku aż do 11 lutego, wcześniej  nie miałem możliwości nawet pomyśleć o tym by pojechać nad wodę.  I  przyznam się wam że miałem również mieszane uczucia czy opłaca się w tak gorącym dla mnie okresie  opłacać kartę wędkarską i te kilka wyjazdów które w sezonie jest mi dane odbyć nie spędzić na łowiskach komercyjnych.

Czytaj dalej….

Lipcowy bat i feeder.

Czas pędził wielkimi susami i przeskoczyłem czerwiec nie znajdując nawet jednej minuty by pojawić się nad wodą. Nie byłem tak dawno na rybach że moi synowie podczas rozmów telefonicznych zaczęli upominać  się o wspólne ryby. Miałem w głowie chytry plan który chodził mi po głowie od dłuższego czasu i spędzając miesiąc na wyjeździe służbowym śnił mi się nocami.

Bardzo chciałem wrócić do łowienia na bata w taki fajny sposób jak robiłem to w latach mojej młodości czyli z minimum sprzętu, minimum zanęt i minimum przynęt. Chciałem uwolnić się od ton akcesoriów i czerpać tylko z kwintesencji wędkarstwa.

Czytaj dalej….

Kwietniowa tyczka.

Niedzielę 16 kwietnia rozpocząłem już o pierwszym brzasku dzień wcześniej narodził się mi plan by przeprosić się z tyczką i wyłowić się po przysłowiowy korek. Pogoda zapowiadała się godna a wybłagane 6 godzin nad wodą wydawało się czasem dostatecznym na odłowienie zacnej ilości ryb.  Wstając o brzasku zająłem się komponowaniem zanęt i sporządzeniem mieszanki ziemi i gliny w sposób odpowiedni na lekko zamulone dno mojego łowiska. Kto zajmuje się przygotowaniem zanęty wie że zajmuje to kilkadziesiąt minut i w moim przypadku nie było inaczej wolałem zrobić to w domu w komfortowych warunkach i z dostępem do mieszadła co wydawało się lepszą alternatywą niż sito  i żmudne przecieranie.

Czytaj dalej….

Pierwsze ryby 2023.

Styczeń ostatnimi laty rozpieszcza nas wręcz wiosennymi temperaturami dla mnie zawsze był to start sezonu. W tym roku jednak długo biłem się z myślami czy wnieść składki do związku gdzie ilość wychodzącego brudu oraz postawa czołowych działaczy kłóci się ze statutową ideą która powinna mu przyświecać. Zastanawiając się korzystałem z wiosennej wręcz aury by wypróbować nowy rower. Cieszyłem się nowym nabytkiem, połykałem kilometry i doceniałem dobry zakup. Jednak w sercu była jakaś pustka czułem niedosyt i tęsknotę za ukochanym hobby. Obdzwoniłem wszystkie znane mi łowiska komercyjne niestety albo jeszcze nie działały w nowym sezonie albo też działały jednak ich opiekunowie nie uznają tyczki jako preferowanej metody połowu.

Czytaj dalej….

Wrześniowa tyczka.

Zachęcony ostatnimi sukcesami które przyniosła mi wyprawa na feedery w dniu trzeciego września postanowiłem dołowić się jeszcze bardziej i posmakować ciężkiej wędkarskiej orki, którą przynosi tyczka. Zwarzywszy na to że najbardziej gabarytowy element miałem już zapakowany w samochodzie, pakowanie na tyczkę było mniejszym wyzwaniem niż za zwyczaj uwinąłem się zaledwie w trzydzieści minut.  Wyprawę planowałem na godziny poranne więc nad wodą planowałem być nieco przed 6 rano.  Rozłożenie całego majdanu i przygotowanie zanęt zajęło mi blisko godzinę i mogłem przystąpić do łowienia.

Czytaj dalej….

Melancholijna listopadowa tyczka.

Przełom października i listopada to czas gdy zwyczajowo wspominamy tych którzy odeszli,  dla mnie to moment żeby się zatrzymać i wspomnieć tych którzy łowią ryby po drugiej stronie ponoć tej lepszej. Tylu znajomych, tylu kolegów i tylu przyjaciół eksploruje łowiska po drugiej stronie. Odwiedziłem więc groby i cmentarze, zapaliłem znicze i podumałem nieco nad marnością i kruchością życia. Niedosyt wędkarski sprawił jednak że postanowiłem pojawić się nad wodą, zwłaszcza że pogoda rozpieszczała temperaturami a liście w barwach jesieni cieszyły oczy zwłaszcza że były oświetlone przez jesienne słońce. Spragniony kontaktu z rybami postanowiłem postawić na pewnik by się wyłowić w krótkim czasie czyli tyczkę.

Czytaj dalej….