Październikowe karpie.

26 października i minął kolejny miesiąc zanim miałem szansę pojawienia się nad wodą, skrzętnie ją wykorzystałem tym bardziej że przyroda wchodziła w stadium jesieni. Pierwsze liście zmieniały już barwy spadały i zaczęły pływać po łowisku, tańcząc swój balet  po powierzchni wody porywane podmuchami wiatru. Przebłyski słońca jednak umilały całą aurę i czyniły temperaturę całkiem znośną. Świat był wspaniały skłaniał do refleksji nad przemijającym czasem a okres wzmożonego przed zimowego żerowania dawał spore szanse na spotkanie z rybą,. Nie dałem się zapędzić na ścieżki umysłowych rozważań, maiłem jasno określone cele, spotkanie z rybą, poczucie klimatu jesiennego łowienia i naładowanie baterii.  

Czytaj dalej….

Sierpniowa metoda.

Pojawianie się na rybach w miesięcznych cyklach, czyniło mnie lekko smutnym. Moje życie tradycyjnie prawie pozbawione czasu na własne przyjemności zaczęło mnie męczyć i rozpocząłem rozważania nad zmianą swojego statusu. Myślę by to zrobić aby się realizować w mojej głowie kiełkuje pewien pomysł jednak brakuje odwagi by porzucić służbę która daje mi masę satysfakcji ale i zabiera masę czasu. Czasu którego nie da się już cofnąć. Stwierdziłem więc że czas się na chwile zatrzymać i przemyśleć spokojne swoje sprawy. Gdzie myśli się lepiej niż na rybach? Naturalną rzeczą stało się dla mnie to że jak coś wymaga rozważenia w samotności to uciekam nad wodę do przyrody, daje sobie czas na oczyszczenie głowy i rozpoczynam analizę.

Czytaj dalej….

Majowe Śródlesie.

Wiosna wspaniale eksplodowała jednak ciągle było czuć chłód zimy, słoneczko nie chciało wygrzać świata nie przeszkadzało to jednak zbytnio wegetacji i świat cudownie się zazielenił. Świeżość młodych liści i traw zawsze wprowadza mnie we wspaniały nastrój.  Zapragnąłem więc zanurzyć  się w tą zieleń i poprzebywać choć kilka godzin wśród przyrody. 16 maja znalazłem czas by spędzić kilka fantastycznych godzin na ulubionym Śródlesiu, nie mogę ukryć że pojechałem tam specjalnie by spotkać się z populacją zamieszkujących je leszczy.  Sprzęt do metody jest stale gotowy więc kwestią mniej niż minuty było spakowanie go i wyjechanie na łowisko. Zająłem swoje ulubione miejsce i zestawy powędrowały do wody. Nie musiałem długo czekać na Śródleśne łopaty ich specyficzne atomowe brania to jest coś co powoduje piki adrenaliny, dublety i fajne walki bo tamtejsze leszcze walczą aż do końca.  Ładowało to wszystko moje akumulatory i syciło potrzebę kontaktu z rybami i przyrodą.  Jak pięknie jest oddać się pasji, przebywać w śród rozwijającej się zieleni i słuchać śpiewu ptaków.  To chwile do których wraca się w czasie zimowych miesięcy  gdy świat jest szary i ponury.

Czytaj dalej….

Marcowa metoda.

Obowiązki to słowo ostatnio coraz bardziej mnie prześladuje,  coś co zżera mój czas, zajmuje moją głowę, człowiek ma charakter jaki ma i za punk honoru obiera sobie realizację obowiązków na najwyższym poziomie.   Awansowanie w służbie i coraz szerszy zakres obowiązków i odpowiedzialności przekłada się na ilość wolnego czasu który przeznaczyć można na ryby. Musiałem czekać aż do 4 marca by wyrwać życiu kilka cennych chwil i oczyścić głowę nad wodą.  Z przyjemnością pojawiłem się na wodzie którą dzięki przychylności włodarzy udało się przejąć pod nowo założone Stowarzyszenie Dąbrowski Karp.  

Czytaj dalej….

Mroźna metoda.

W niedzielę 20 listopada mróz mocno przycisnął świat pokrył się szronem a i chłód skutecznie zniechęcił mnie do spinningu. Miałem co prawda wielką ochotę po serwisie wypróbować silnik i nawiedzić kilka miejscówek na Odrze, jednak wraz z wiekiem cenię sobie poczucie komfortu termicznego. Zdecydowałem się więc odłożyć wypad na nieco późniejszą godzinę i spróbować swoich sił w feederach. Pojawiłem się wraz z sąsiadem Michałem który poczuł wędkarskiego bakcyla w tym sezonie na gliniaki w celu podjęcia próby złowienia czegokolwiek.

Czytaj dalej….

Październikowe ostatki.

Wypad wędkarski na Śródlesie miał być początkiem kilkudniowego łowienia, niestety obowiązki które wypada przedłożyć nad przyjemności wynikające z hobby wyłączyły moją osobę z wędkowania do niedzieli 30 października. Serce rwało się nad wodę by zaczerpnąć jak najwięcej z jesiennego klimatu łowienia tym bardziej urokliwego że słońce wspaniale podświetlało pozostałości bajecznie kolorowych liści. Czyniąc kolory intensywnymi i bardziej wyrazistymi. Dodatkową korzyścią było to że jeszcze co nieco ogrzewało poprawiając komfort termiczny łowienia.

Czytaj dalej….

Październikowe leszcze na Śródlesiu.

Czas ponownie przyśpieszył w moim życiu zakończyłem jednak jeden z bardziej gorących okresów w tym roku i znalazłem kilka chwil by pojawić się nad wodą w celach wędkarskich. Połączyłem wyprawę na ryby z donacją krwi, nie chciałbym wybrzmieć w taki sposób że przysługujące dni ustawowo wolne od pracy są głównym powodem składania donacji bo sprawa jest głębsza i płynie z chęci pomocy drugiemu człowiekowi. Jednak gdy pojawiają się dwie szanse na wyjazd na ryby przy tak długich okresach postu wędkarskiego, to zgrzeszyłbym mówiąc że skwapliwie ich nie wykorzystałem i nie planowałem donacji w taki sposób by stanowiła ciągłość z weekendem. Tu na swoje usprawiedliwienie też dodam że zwykle nie robię takich ruchów ze względu na obciążenie punktów poboru krwi w dni tuż przed weekendem i tuż po.

Czytaj dalej….

Wrześniowa metoda.

Nim się obejrzałem nastał wrzesień, natłok zadań służbowych i wyjazdów zabrał mi kolejny miesiąc z wędkarskiego życia. Desperacja by pojechać na ryby, była tak ogromna że nikt z moich bliskich nie śmiał zaprotestować i trzeciego września, wyposzczony niesamowicie, pojawiłem się nad wodą. W planach była metoda jak ja to określam na bogato czyli z koszem i zachowaniem jak największej precyzji łowienia. Od kilku sezonów mam przyjemność doceniać praktyczność i wygodę jakie daje kombajn wędkarski, owszem wiem że ciężki, że gabaryt ale jednak zalety rekompensują wady i wychodzi na wielki plus. Wybrałem najbliższe mojemu miejscu zamieszkania łowisko moje gliniaki.

Czytaj dalej….

Wrześniowa tyczka.

Wrzesień zbliżał się już do swojej połowy a ja miałem klasycznie niedosyt łowienia. Zakomunikowałem mojej połowie, że muszę zniknąć na kilka godzin by wyszaleć się z tyczką. Moja małżonka jest świetnym negocjatorem, więc musiałem przesunąć na okolice popołudniowe moja wyprawę nad wodę. W między czasie zająłem się rozpieszczaniem mojej rodziny na tle kulinarnym, wyręczyłem również moją połowę w opiece nad dziećmi angażując cały skład w przygotowanie posiłku. Powstały, trzy rodzaje surówek serwowanych, jako dodatek do obiadu. Nadszedł jednak czas wyprawy by maksymalnie zaoszczędzić czas nad wodą przygotowałem zanętę w komfortowych warunkach domowych a po chwili namysłu namoczyłem jeszcze nieco pelletów z myślą o metodzie.

Czytaj dalej….

Ostatni dzień zimy.

W piątek dwudziestego marca zdawałem służbę ochrony przejść granicznych naszej ojczyzny. Jak to zwykle bywa przy wrodzonej rozmowności ciężko było wyjść z pracy wiec gdzieś w okolicy godziny 12:00 postanowiłem w drodze powrotnej zajrzeć na moje łowisko i rzucić okiem co się tam wydarzyło w czasie dwudziestocztero godzinnej nieobecności. Pogoda była cudowna i wiosenna temperatura ponad dwadzieścia stopni pozwoliła paradować w samym podkoszulku. Z przyjemnością więc witając ciepłe promienie słońca wyszedłem na mały spacer z samochodu. Już pierwszy rzut oka pozwolił rozpoznać samochód prezesa i kolegi Jacka więc na łowisku nie byłem sam.

Czytaj dalej….